Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Pamiętaj mnie

Zarejestruj się

Pola oznaczone (*) są wymagane.
Nazwa użytkownika *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
Administrator

Administrator

W miejscu gdzie Dolina Wężowa wpada do Doliny Radości, tam gdzie kończy się Droga Mackensena, do dziś stoi niemy świadek piękna dawnej Oliwy. Jest nim głaz z wykutym napisem ?Exzellenz Generalleutnant Erich Feldtkeller in Dankbarkeit Der Verschönerungs Verein Oliva 1935? - ?Ekscelencji Generałowi Porucznikowi Erichowi Feldtkellerowi, w dowód wdzięczności, Towarzystwo Upiększania Oliwy, 1935?.

Moje najbliższe otoczenie zmienia się permanentnie, głównie za sprawą planistów, którzy nazbyt często je wręcz deformują. Użyłem terminu „deformują”, aby podkreślić, że co rusz owe zaplanowane zmiany dokonują się ze szkodą dla środowiska przyrodniczego, krajobrazu i zabytków budownictwa.

Krótkie spojrzenie o świcie przez okno. Widać świeży, dziesięciocentymetrowy śnieg. No i mamy niedzielę. Cały, wolny dzień! Teraz wszystko dzieje się w mgnieniu oka! Narty nasmarowane już wczoraj wieczorem. Świat stał się wspaniały! Wszędzie mocno zaśnieżone domy i drzewa. I do tego pierwsze połyskujące promienie porannego słońca.

?Niezatarty ślad? artykuł z periodyku 30dni nr 6(20) czerwiec 2000
Autor: Tadeusz T. Głuszko

Przy dobrej pogodzie niemało ludzi wspinało się na wzgórze Karlsberg zwane również Pachołkiem, by ze stojącej tam wieży widokowej popatrzeć na Gdańsk i zatokę albo nacieszyć oczy malowniczo pofałdowanymi wzniesieniami i dolinami oliwskich lasów.

Puchar pamiątkowy wystawiony przez jeden z antykwariatów w Niemczech wypatrzony na serwisie aukcyjnym ebay.

Wspomnienia Władysława Janury spisane w 1985 roku z okazji konkursu Wieczoru Wybrzeża i Muzeum Historii Miasta Gdańska. 
Publikacja możliwa dzięki wnukowi, który przesłał maszynopis wspomnień do staraoliwa.pl po artykule prasowym o albumie rodziny Grimmer.

Przyjazd do Gdańska

Do Gdańska przybyłem 2 maja 1940 roku. Był to transport robotników skierowany tu na przymusowe roboty. Mój transport załadowali Niemcy w Bydgoszczy. Przewieziono nas do Pruszcza Gdańskiego, gdzie zostaliśmy wyładowani z pociągu na dworzec. Okoliczni gospodarze niemieccy przychodzili tam i wybierali sobie robotników jak bydło na targowisku do prac w polu i innych przy gospodarstwie.

Wieczorem pozostało nas 15 mężczyzn. Tego dnia wieczorem przyjechał przedstawiciel mleczarni z Gdańska ? Wrzeszcza i zabrał pozostałe 15 osób. Przywiózł nas do Wrzeszcza na ul. Grunwaldzka 243. Ulokowano nas w pomieszczeniach przy stajni, w której mieściło się 22 sztuki koni należących do mleczarni. W dniu 3 maja dano nam wolne na rozlokowanie się. W dniu 4 maja zaprowadzono wszystkich na teren mleczarni przy ul. Grunwaldzkiej 135. Tam rozdzieleni zostaliśmy do stałej pracy. Mnie przydzielono do transportu przy rozwożeniu mleka po sklepach. Tam też pracowałem do chwili oswobodzenia przez Armię Radziecką 26 marca 1945 roku.

Oswobodzenie

Gdańsk, Sopot i Gdynia zaatakowane zostały przez armię Polsko ? Radziecką w marcu 1945 roku z kierunku Kartuz. W lasach w okolicy Gdyni, Orłowa, Sopotu, Oliwy i Wrzeszcza napotkali na duży opór wojsk niemieckich. Dopiero 21 marca przerwano front w Orłowie do morza. Tam tez zdobywanie Trójmiasta zostało rozdzielone na dwa kierunki. Z jednej strony uderzono na Gdynię, z drugiej Sopot i Gdańsk. Główne walki toczyły się w pasie nadmorskim. Wojska stacjonujące w lasach zmuszone były wycofać się, bez większych walk. W dniu 22 marca zdobyto Sopot, a 24 marca Oliwę. Tego dnia wojska radzieckie były już na ul. Pomorskiej, a ja jeszcze musiałem dostarczyć mleko do Oliwy. Najdalej udało mi się dojechać do obecnej ul. Armii Radzieckiej (dziś Opata Rybińskiego - red.). Sklepy były już pozamykane, ale otrzymaliśmy polecenie rozwozić mleko potrzebne dla kobiet mających dzieci. Do Gdańska i Wrzeszcza rozwoziliśmy mleko jeszcze 25 marca z zapasów które zgromadziła mleczarnia.

Na wale kolejowym z Wrzeszcze do Brętowa zorganizowali Niemcy silny opór. Dopiero od strony lotniska (dziś Zaspa - red.) w 26 marca Armia Radziecka zajęła ul. Kościuszki we Wrzeszczu. W ten sposób oswobodzona została także mleczarnia przy ul. Grunwaldzkiej 135, gdzie w ogromnych piwnicach przebywaliśmy wraz z cywilną ludnością niemiecką. Do mleczarni weszły wojska radzieckie w dniu 26 marca o godzinie 12. Był to też moment mojego oswobodzenia od okupanta i przymusowej pracy.


Wysadzony przez wojska niemieckie wiadukt kolejowy - ul. Wita Stwosza

Głowne walki wyzwoleńcze toczyły się w okolicach Nowego Portu i Gdańska. Wraz z kilkoma kolegami udaliśmy się więc w kierunku oswobodzonej już Oliwy. Na ulicy Polanki żołnierze Armii Radzieckiej gromadzili Polaków w celu odwiezienia tych, którzy chcą wracać do domów w głębi Polski. Kierowano chętnych do Kartuz, bo tam kursowały już pociągi do kraju. Pierwszą noc po przybyciu na ul. Polanki spędziliśmy na łące pod gołym niebem. Następną noc przespaliśmy w Oliwie w lesie przy ul. Spacerowej, gdzie obecnie znajduje się Trójmiejski Park Krajobrazowy. Na trzecią noc przeprowadzono nas do Hali Sportowej przy ul. Polanki, obok parku. Tam mieliśmy czekać na transport do Kartuz.

ObrW34

Radziecka Komendantura Wojenna  a następnie siedziba polskiego burmistrza Oliwy - ul. Obrońców Westerplatte 34

Wraz z moimi kolegami: Franciszkiem Kuszem, Zygmuntem Jackiewiczem i Kazimierzem Jędrykiewiczem, postanowiliśmy nie wracać w rodzinne strony, lecz pozostać w Trójmieście. Grupą 6 ? cio osobową, bo dołączyli jeszcze do nas Ob. Wojanowski (Jan Wojnarski? ? red.) i Wiganowski, udaliśmy się na ul. Obrońców Westerplatte 34 w Oliwie, gdzie stacjonował Komendant Wojenny Armii Radzieckiej. Zwróciliśmy się do niego o zgodę na rozpoczęcie prac przy odbudowie Miasta Oliwa. Komendant przyjął nas z radością. Chwilowo odstąpił nam werandę przy gmachu zajmowanym przez nich. Było to pierwsze prowizoryczne biuro Urzędu Miejskiego, z którego rozpoczęliśmy prace nad odbudową miasta. Otrzymaliśmy także pisma polsko ? radzieckie jako pełnomocnicy Polskości w Oliwie. Powoli zaczęli dołączać do nas inni Polacy.

Prace w oswobodzonej Oliwie

Pierwszą czynnością, jaka zajęliśmy się było zebranie niemieckich kobiet w celu pochowania poległych Niemców. W samym Parku Oliwskim znajdowało się ok. 40 trupów niemieckich. W zamian za pracę kobiety niemieckie i my także otrzymywaliśmy od wojska radzieckiego po 1 bochenku chleba. Codziennie więc przychodziły do pracy niemieckie kobiety, z których organizowaliśmy brygady robocze pod komendą jednego z Polaków. Polacy ci musieli zdawać codziennie raporty, które tereny zostały już uprzątnięte.

Gru504

Pierwsza uruchomiona po wojnie oliwska piekarnia - al. Grunwaldzka 504

Kolejną naszą czynnością było uruchomienie własnej piekarni przy ul. Grunwaldzkiej 504. Pierwszą pracą piekarską kierował dawny właściciel piekarni Ob. Petke pochodzenia polskiego. Mąkę dostarczało nam wojsko radzieckie. W ten sposób mieliśmy już własny chleb. Kolejną czynnością na polecenie Komendanta Wojennego było oczyszczenie ulic. Wiele z nich nie było przejezdnych.

Gru515
Radziecka Komendantura Wojenna - al. Grunwaldzka 515

Po kilku dniach Komenda Wojenna przeniosła się na ul. Grunwaldzką nr 515, pozostawiając do naszej dyspozycji cały budynek.

W dniu 7 kwietnia przejechali przedstawiciele Milicji Obywatelskiej zajmując dom przy ul. Kaprów, gdzie urzędują do chwili obecnej (Komistariat Policji - Kaprów 14 - red). Po kilku dniach naszej pracy udało się nam odszukać ludzi, którzy pracowali przy instalacjach wodociągowych. Oliwa pobierała wodę z Doliny Radości po własnym ciśnieniem. Najpierw powstała brygada do zabezpieczenia wszystkich domów w Oliwie, a w szczególności domów zburzonych. Tak więc chodziliśmy dom po domu zakręcając krany z wodą. W ten sposób już 14 dni po oswobodzeniu miasto Oliwa posiadało własną wodę.


Kartki żywnościowe wydane przez Tymczasowy Zarząd Miejski w Oliwie
zbiory Mirosława Piskorskiego

Kolejną nasza akcją było zorganizowanie prowizorycznego szpitala. Odnaleźliśmy lekarza niemieckiego, miał 84 lata. Po opróżnieniu kilku mieszkań i ustawieniu łóżek uruchomiliśmy tymczasowy szpital. Była to instytucja w tym czasie niezbędna, gdyż oczekujących pomocy lekarskiej było dużo. Po pewnym czasie zgłosił się lekarz polski Ob. Czerwiński, który podjął się pracy w tym prowizorycznym szpitalu.

ObrW34tablicaul. Obrońców Westerplatte 34

W dniu 18 kwietnia 1945 r. przeniosłem się z dość mocno prosperującego Urzędu Miejskiego w Oliwie do pracy w Milicji Obywatelskiej. Tam zatrudniony byłem do 30 października 1945 r. Od 1 listopada zacząłem pracę w nowo powstałej Gdańskiej Spółdzielni Spożywców. Od roku 1955 przeniosłem się do pracy w Pracowni Konserwacji Zabytków o tam zatrudniony byłem do 15 czerwca 1978 roku, do przejścia na emeryturę.

Władysław Janura

Gdańsk 8 marca 1985

Gdy Oliwa była miastem

 

 

Dzięki uprzejmości jednej z oliwskich rodzin, możemy cofnąć się w czasie do czasów gdy Oliwa była jeszcze niezależnym miastem. Wszystko dzięki zachowanemu z tamtych czasów albumowi. O znalezisku i Oliwie z tamtych lat pisze Gazeta Wyborcza.

40 2listopad1923

Był taki czas, kiedy Oliwa była miastem. To właśnie wtedy Pan Otto Grimmer, fotograf amator, tworzył unikatowy album zdjęć, który właśnie wypłynął na światło dzienne.

Otto Grimmer lubił fotografować. Zaledwie przez dwa lata ? od 1922 do 1925 roku, zapełnił rodzinny album kompletem dwustu zdjęć. Wygląda na to, że poświęcał swojej pasji cały wolny czas. A miał go niewiele, bo zawodowo pochłaniało go prowadzenie sklepu z bielizną damską w centrum Gdańska. Otto Grimmer był postawnym mężczyzną w średnim wieku i okularach. Wiemy to, bo w albumie znajduje się jego autoportret z aparatem.

Nasz bohater mieszkał przy Kronprinzenallee 1, czyli dzisiejszej Wita Stwosza, w okazałej willi, którą otrzymał w prezencie od rodziców. Tuż przed wojną Otto opuścił Gdańsk i wyjechał do Szwajcarii. Co ciekawe, dom nie został sprzedany, lecz opiekowała się nim do 1945 roku ciotka jednej z pokojówek. W spisie mieszkańców z 1942 roku Otto nadal widnieje jako właściciel.

166

Co sprawiło, że oliwska rodzina kupców bieliźnianych musiała opuścić Wolne Miasto Gdańsk? Może niewygodne wówczas dla władzy poglądy polityczne? Może pochodzenie?

- Otto Grimmer mógł być Żydem. W latach trzydziestych miasto opuściło miasto prawie  trzydzieści tysięcy mieszkańców wyznania Mojżeszowego.  To był wówczas główny nurt emigracji ? mówi badacz dziejów gdańskich żydów Mieczysław Abramowicz. ? Żeby mieć pewność trzeba by jednak zaglądnąć do spisu gdańskiej gminy żydowskiej.

Według Tomasza Struga, gospodarza portalu StaraOliwa.pl, nawet jeżeli Grimmer nie należał do gminy, na co wskazuje wiele zdjęć z okolic kościoła ewangelickiego, to jego rodzina mogła mieć żydowskie korzenie. To zaś wystarczyło, aby niepokoić się o swoją przyszłość. To że nie przynależał do gminy mogło zaś pomóc mu uratować majątek. Gdyby był żydem, to prawdopodobnie straciłby majątek jak rodzina Prinz, której kamienica stała przy dzisiejszej ul. Stary Rynek Oliwski 21 ? tam gdzie do lat 90. XX wieku funkcjonowała kawiarnia Kon ? Tiki.

W pierwszej połowie lat dwudziestych nikt z Grimmerów nie myślał jednak jeszcze o wyjeździe. Głowa rodziny szalała z aparatem po domu ? dzięki czemu w albumie znalazła się spora kolekcja wnętrz mieszczańskich z tamtego okresu, na wakacjach i ? co najcenniejsze, po miasteczku.

Oliwa była bowiem wówczas zupełnie inna niż dzisiaj. Na zdjęciach oglądamy niezabudowane parcele, domy, które nie istnieją od ponad pół wieku, czy ratusz. Bo druga połowa lat dwudziestych to okres, kiedy dzisiejsza dzielnica gdańska była samodzielnym miastem. Posiadającym własne szkoły, skomunikowanym z Gdańskiem pociągami i tramwajem i posiadającym dzielnice - Jelitkowo (Glettkau), Żabiankę (Poggenkrug) oraz Konradshammer, czyli dzisiejsze Przymorze. Oliwa posiadała kanalizację, własny dom zdrojowy w Jelitkowie, gazownię a nawet wybudowany w 1910 roku ratusz, który obsługiwał ponad 14 tysięcy mieszkańców.

W czasie kiedy Otto robił swoje zdjęcia, burmistrzem Oliwy był Herbert Creutzburg. Oliwska gmina przejęła właśnie na własność pałac opatów i przypałacowy park, z którym nie wiedziano co zrobić. Creutzburg nie był dobrym gospodarzem. Za jego kadencji stanęły inwestycje a kasa miasteczka świeciła pustkami.

- Herber­t Creutzberg oraz niejaki Raube za pieniądze z gminnej kasy i z oszczędności mieszkańców oliwy, zgromadzonych w tutejszej Sparkasse, prowadzili ryzykowne transakcje handlowe, przez które zdefraudowali ? astronomiczną w tamtych czasach sumę czterystu tysięcy gul­denów. To właśnie przez to Oliwa stała się w 1926 roku częścią Gdańska, który wykupił jej długi ? opowiada Tomasz Strug. ? Paradoksalnie to, że album Grimmera pokrywa się czasowo z rządami Creutzburga, ma dodatkową wartość. Są to bowiem ostatnie zdjęcia Oliwy, która jeszcze była miastem.

Bartosz Gondek
31X2008

O albumie na oliwskim forum
O albumie na Wolnym Forum Gdańsk
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
 

?OLIVA, Georgstr. 24? - artykuł z czasopisma 30dni

nr 7/8(33/34) lipiec/sierpień 2001
Autor: Grzegorz Fortuna

 

Ten dom stoi nieopodal placu targowego w Oliwie. Jest duży i masywny. Niewielkie zaokrąglenia murów od frontu po bokach, między którymi wyrasta wysunięta ściana i mansardowy, chyba nieco niesymetryczny, dach nadają mu pewne piętno indywidualności, nawet wśród tak przecież urozmaiconej architektury starej Oliwy. 
Ktoś, kto całymi latami przechodzi obok, może zauważyć lub nie zauważyć małą tabliczkę z numerem 24, a pod nim charakterystyczną strzałkę, która ułatwia orientację przy poszukiwaniu innych domów.

Georgstr24

ul. Obrońców Westerplatte 24

Trudno powiedzieć, jakim cudem tabliczka ocalała przez ostatnie dziesięciolecia i stała się jedną z tych rzeczy, o których Stefan Chwin napisze, że zachowywały ?pra­wdziwy spokój",gdy ?w ciszy napełniającej miasto, odbywał się
ostateczny sąd".Nie wiadomo, jakizbieg okoliczności spowodował, że pozostała na tej ścianie nawet wtedy,gdy na okolicznych domach zaniebieściło się od dużych tablic, zawieszonych przez pracowników od miejskiej gospodarki. W każdym razie wisi do dziś i zapewne dotrwa do chwili, gdy ulicę Bohaterów Westerplatte (a przy niej stoi) wypełni gustowny,czerwonawy bruk. Bo modernizacja ulicy przybliża się już do tej posesji. Obrońców Westerplatte 24, kiedyś Georgstrasse 24... Bardzo długo, a może na zawsze mogło to nic nie znaczyć. Po prostu, jeszcze jeden dom w podmiejskiej, spokojnej dzielnicy,obok którego w środę i sobotę spieszą na "duży" targ liczni mieszkańcy z Wita Stwosza, Kaprów, Derdowskiego czy Asnyka, a każdego dnia wczesnym popołudniem grupki licealistów z ?piątki" na Polankach zmierzają do najbliższego przystanku tramwajowego. I tak mogło pozostać, gdyby nie przypadek, odwieczny sprawca zamętu i chaosu, który tylko niekiedy prostuje myśli i ułatwia skojarzenia.


ul. Obrońców Westerplatte

Broszura jest zwyczajna, a właściwie wtedy musiała być zwyczajna. Trochę obca, bo po niemiecku, a do tego wypełniona czcionką o nieco wyszukanym kroju, jakby ktoś skrzyżował tak zwany gotyk z późną prowincjonalną secesją. Ta secesyjna maniera jest widoczna w zdobieniu na okładce, klimacie ilustracji, a nawet w obficie użytych ciężkich, grubych liniach, które mają mocno nierówne, postrzępione brzegi. Zeszytowy format i niemal standardowy tytuł, ?Luftkurort und Ostseebad Oliva bei Danzig", utrwalają wrażenie tamtej zwyczajności, odległej, bo - jeśli wierzyć odręcznemu dopiskowi -sprzed osiemdziesięciu pięciu lat.

Ale broszury nie pochłonął żaden stos historii. A nie należała przecież do kategorii rzeczy, które mogły zachowywać ?prawdziwy spokój", ba, nie była nawet przedmiotem ?drobnym i łatwym do chwycenia w chwili ucieczki" (znów za Stefanem Chwinem). Przeciwnie, groziła jej każda najmniejsza iskra, a później najmniejszy choćby odruch uzasadninego plemiennego odwetu, by stała się podpałką w piecu na Grottgera, Miraua czy Armii Radzieckiej.

Dziś leży spokojnie na stole, w pokoju, którego okna wychodzą na byłą Kronprinzalle. Wszystko zdaje się świadczyć, że w tym czasie, gdy maszyny pana Zerratha tłoczyły na jej stronach zawijane ?o", smukłe, prawie wyprostowane ?es", nie dające się opisać ?ef", w jakimś warsztacie przycinano deski, gładzono obłości blatu i kładziono prawdziwą politurę na stole, na którym ją położono. Można się spodziewać, że w tekście opisywane są uroki ?powietrznego" kurortu, je klimat i krajobraz, zabytki i historia, rzeczy znane w taki lub inny sposób z setek podobnych publikacji.

Najciekawsze są ramki, a ówczesny marketing, które mają zachęcać l informować. Handel - czy ten najbardziej elegancki? - osiadł przy Rynku. Pod numerem szóstym, na parterze i pierwszym piętrze Julius Heimann oferował konfekcję damską, męską i dziecięcą, a po sąsiedzku, pod siódemką, Otto Neumann proponował kawę herbatę, artykuły kolonialne, też czekoladowy keks i rozmaite owoce.

OlivaerHofStary Rynek Oliwski 3 - dawny hotel "Dwór Oliwski"

Ale, jak to w kąpielisku, dominują anonse pensjonatów i hoteli przy Rynku 3 - ?Olivaer Hof" (...) z wygodnymi pokojami, a nawet dostawą do domu zamówionego piwa i wina za opłatą jednej marki.

Dalej pensjonat ?Baldur" przy Leśnej pod dziesiątką, a przy Słonecznej pod szóstką ?Ritter" i ?Waldheim" pod piętnastką, na rogu Liczmańskiego.

Ritter

ul. Słoneczna 6 - dawny pensjonat "Rycerz"

W tej okolicy jeszcze pensjonat M. Plewka. Do tego dochodzi Kurhaus, położony w lesie, z widokami na morze, oddalony o trzy minuty drogi od tramwaju elektrycznego, który zawiezie na plażę lub do Gdańska, a także ?Schweizerei Schwabental", gdzie polecają świeże mleko, masło, inne wyroby mleczne i karpie z własnego stawu.

Waldheim

ul. Słoneczna 15 - dawny pensjonat "Leśny Dom"

Niełatwo opanować pewną zadumę, gdy na kolejnej stronie pojawia się duża ramka z napisem ?Sparkasse". Minie kilkanaście lat, a siedziba tej, zacnej skądinąd, instytucji, przy Rynku pod osiemnastką, stanie się miejscem głośnego skandalu. Wypłynie przy tym sporo ówczesnych pieniędzy i dwa nazwiska: ostatniego burmistrza Oliwy Herberta Creutzberga i niejakiego Raubego. Ten pierwszy ujdzie sprawiedliwogci. ale ten drugi, który za pieniądze zgromadzone w Kasie prowadził ryzykowne operacje handlowe, między innymi importował angielską herbatę, odpowie przed sądem. Wcześniej zbiegnie do Francji, gdzie dosięgnie go deportacja. Jednak zdefraudowane czetrysta tysięcy guldenów przesądzi o tym, że Oliwa utraci swą administracyjną odrębność i włączona zostanie do Gdańska za cenę pokrycia niedoborów w jej Kasie Oszczędności.

Sparkasse

Stary Rynek Oliwski 18 - dawna Kasa Oszczędności

Nieuchronnie nadchodzi moment, który wędrówce po kartach broszury przypisał przypadek, aby dać szansę skojarzeniu. Nieduży anons w górnym, prawym rogu strony jest skromny i nieagresywny: ?R. Bahl, akademisch gebildeter Maler, Oliva, Georgstr. 24".

Nie ma cienia wątpliwości: adres odsyła do tego domu nieopodal placu targowego, na którym przetrwała niewielka biała tabliczka z czarnymi, dziś lekko zblakłymi cyframi.

Rainhold Bahl, malarz z akademickim wykształceniem, nie był arcymistrzem swojej sztuki. Uczył się u Wilhelma Stryowskiego i w berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dobrym zwyczajem tamtego czasu studia uzupełnił podróżą po Włoszech i Francji. Był porządnym wyrobnikiem pędzla i palety, który nie stronił od przyjmowania zamówień na prace, podejmował się konserwacji obrazów i udzielał lekcji malarstwa, o czym informuje w swoim anonsie. Namalował tylko kilka portretów, więc zamówień nie było tak wiele, chyba, że zleceniodawcy ponad własne wizerunki przedkładali jego gdańskie scenki i pejzaże.

 Prawie czterdzieści lat był nauczycielem przedmiotów artystycznych w Miejskiej Szkole Rzemieślniczej przy Wielkich Młynach, z czego może wynikać, że dorabiał na utrzymanie lub, po prostu, potrzebowałpretekstu, by z belferską regularnością wychodzić z pracowni, przecież trochę na uboczu, i młodym ludziom opowiadać o kontrastach barw, płynności linii na rysunku czy świetle na obrazie, które umiejętnie użyte zmienia kontury przedmiotów, klimat wnętrza, a nawet ciężką perspektywę ulicy.

Biografowie i historycy nazywają Bahla malarzem motywów gdańskich. Rzeczywiście, wszystko, co po nim zostało wyrosł z tego miasta, które po swojemu budował pędzlem i farbami na płótnie i dykcie. W niedużej sali na drugim piętrze Muzeum Narodowego tam, gdzie wisi gdańskie malarstwo XIX czątków XX wieku, są czetry jego obrazy. Na dwóch jest Żuraw. Na tym młodszym, z 1943roku, ujęty szerzej, nawet z kawałkiem cyplaWyspy Spichrzów, na starszym z kilkoma kamienicami Długiego Pobrzeża. I zasadnicza różnica klimatu: późniejszy obraz malowny jest bardziej miękko, bardziej kolorowo i jakby bezkonturowe, wcześniejszy chce oddawać surową monumentalność budowli - jest jaśniejszy, prostszy, a przez to nieco płaski. W muzealnej sali najstarszy jest ?Wieczór na tarasie", namalowany w 1901 roku, gdy Bahl miał trzydzieści dwa lata. Można powiedzieć, że prawie nie ma na nim architektury, choć wyraźnie widać, że to przecież miejska ulica w chwili, gdy zapadł zmrok. Ale domy, stojące w zwartym szeregu, zamieniają się w ciemne, ciężkie, choć łagodnie spływające od góry kotary, wśród których przeziera okno tarasu, rozświetlone dwoma kulistymi lampionami. W tej odrobinie blasku majaczy jakaś postać. W muzeum obok obrazów Bahla wiszą obrazy innych malarzy tamtego czasu: Urtnowsłtiego,Hellingratha i Bendrata. Płótna Bahla są bardziej stonowane, czułe na cienie, wrażliwe.
akwarela,papier, 16 x 24 cm (w świetle oprawy)
sygn. l.d.: Bahl/Cannes.95

 Kościółek św. Jakuba - grafika W. Buxensteina na skalę między ciemnością i jasnością, malowane tak, jakby artysta nie próbował niczego dodawać do zastanej rzeczywistości. Być może bardziej ufał dziewiętnastowiecznej solidności niż dwudziestowiecznym nowinkom. Ale ostateczne wrażenie jest takie: ci inni chcieli malować potęgę murów i malowali ją ostro i zdecydowanie, a Bahl nawet w korytarzu uilcy widział wnętrze, w którym się mieszka.

bahl4

To wrażenie utwierdzają reprodukcje zaginionych obrazów. Są, niestety, czarno-biale, więc trochę ślepe. Przedstawiają prace namalowane w 1943 roku, może w jednej serii z ?Żu­rawiem od strony Motławy", który wisi w muzeum, bo tam na sygnaturze widnieje ta sama data. Chlebnicka, Piwna, Karpia i kolejny, tym razem podmiejski taras... Znów delikatne światło, płynna - może bardziej niż kiedyś - łagodność. I detale: kataryniarz na Karpiej, pies przy nogach siedzącej na tarasie, czy anachro­niczne postaci i zaprzęg na Chlebnickiej.

Jest rok 1943. Pod Stalingradem odwrócony został kierunek europejskiej nawałnicy, która od tej chwili ze wschodu przetoczy się na zachód. Bahl ma już siedemdziesiąt cztery lata. Więc może przeczucie, że trzeba przechować ukochane miasto jako impresję, chwilową grę odcieni i półtonów, pełną szczegółów z innej epoki.

Na stole w pokoju, którego okna wychodzą na byłą Kronprinzalle leży obraz, a konserwator w świetle bezcieniowej lampy, z lupą w ręku, wykonuje rutynowe oględziny.

Sygnatura nie budzi wątpliwości: z lekka kanciaste litery, tylko wersaliki, układają się w znany napis ?Rainhołd Bahl Danzig Oliva". I widok na płótnie typowy: ulica Mariacka z trudną do pomylenia wieżą Domu Przyrodników Tym razem w sygnaturze nie ma daty. 
Nie wiadomo wiec. kiedy obraz opuścił pracownie przy Georgstrasse 24 którą od tego miejsca dzieli niewiele.
Może było to w jakąś wrześniową sobotę, w piętnastym lub szesnastym roku. Nauczyciel rysunku i malarstwa Bahl, siwiejący pan pod pięćdziesiątkę (wydłużona twarz, zaczesany do góry, co odsłaniało jego coraz wyższe czoło, z białą przyciętą brodą i wąsami) był zadowolony z transakcji. Wyszedł z domu i skręcił w lewo, a na pierwszym skrzyżowaniu w prawo. Stąd już widział niedawno wzniesioną kamienicę przy Kronprinzalle. Wszedł na pierwsze piętro. Tu był zaproszony przez znajomego nauczyciela, a może miejscowego pastora.

Usiedli przy kawie od Neumanna. Była wojna, ta pierwsza, ale gdzieś daleko. W ?Schwabental" podawali jeszcze karpie z własnego stawu, a od Hinzmanna z Oliwskiego Dworu roznosili zamówione piwo i wino za opłatą jednej marki. W pewnej chwili Bahl podszedł do komody i wziął do ręki broszurę o Oliwie, ale przeglądając nic nie powiedział powiedział grafikach Buxensteina i Zerratha.

bahl2

Nie pochwalił się nawet swoim anonsem. Kiedy wyszli na balkon, nie widzieli jeszcze dorodnych lip, które rosną przy Wita Stwosza, ani wieży kościoła przy Leśnej. To wszystko będzie później. Jeśli rozmawiali o wojnie, to pewnie darowali sobie narzekanie na drożyznę i niedostatki. W piętnastym Bahl mógł się zastanawiać, co są warte akwarele, którymi Berthold Hellingrath ozdobił dyplom honorowego obywatela wręczony feldmarszałkowi Mackensenowi, a w szesnastym pastor mógł się podśmiewać z nowinki, jaką szykowali katolicy: na Boże Narodzenie w kościele poklasztornym miało działać elektryczne oświetlenie.

bahl6

Ale nieważne są słowa, które padają w tym bladym obrazie wyobraźni. Ważne jest, że za sprawą tabliczki na ścianie i okolicznościowej broszury obaj panowie uczestniczą w przedziwnej jedności miejsca i czasu: to wszysto
wydarzyło się lub mogło się wydarzyć w tym zakątku. Bez poczucia takiej jedności nie można być naprawdę u siebie.

bahl3

fotografie współczesnej Oliwy: Tomasz Strug

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

 

 


 

  1. Najnowsze
  2. Oceniane
  3. Komentarze

Newsletter

Kalendarium tekstów

« Październik 2020 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31