
|
Historia
OLIVA, Georgstr. 24
„OLIVA, Georgstr. 24” - artykuł z czasopisma 30dni nr 7/8(33/34) lipiec/sierpień 2001 Autor: Grzegorz Fortuna
Ten dom stoi nieopodal placu targowego w Oliwie. Jest duży i masywny.
Niewielkie zaokrąglenia murów od frontu po bokach, między którymi wyrasta wysunięta ściana i mansardowy, chyba nieco niesymetryczny,
dach nadają mu pewne piętno indywidualności, nawet wśród tak przecież
urozmaiconej architektury starej Oliwy.
Trudno powiedzieć, jakim cudem tabliczka ocalała przez
ostatnie dziesięciolecia i stała się
jedną z tych rzeczy, o których Stefan Chwin
napisze, że zachowywały „prawdziwy spokój",gdy „w ciszy napełniającej miasto, odbywał się
Broszura jest zwyczajna, a właściwie wtedy musiała być
zwyczajna. Trochę obca, bo po niemiecku, a do tego wypełniona czcionką o
nieco wyszukanym kroju, jakby ktoś skrzyżował tak zwany gotyk z późną prowincjonalną
secesją. Ta secesyjna maniera jest widoczna w zdobieniu na okładce, klimacie
ilustracji, a nawet w obficie użytych ciężkich, grubych liniach, które mają mocno nierówne, postrzępione
brzegi. Zeszytowy format i niemal standardowy tytuł, „Luftkurort und
Ostseebad Oliva bei Danzig", utrwalają wrażenie tamtej zwyczajności, odległej, bo - jeśli wierzyć
odręcznemu dopiskowi -sprzed osiemdziesięciu pięciu lat. Ale broszury nie pochłonął żaden stos historii. A nie
należała przecież do kategorii rzeczy, które mogły zachowywać „prawdziwy spokój",
ba, nie była nawet przedmiotem „drobnym i łatwym do chwycenia w chwili ucieczki"
(znów za Stefanem Chwinem). Przeciwnie, groziła jej każda najmniejsza iskra, a później
najmniejszy choćby odruch uzasadninego plemiennego odwetu, by stała się podpałką w
piecu na Grottgera, Miraua czy Armii Radzieckiej. Dziś leży spokojnie na stole, w pokoju, którego okna wychodzą na byłą Kronprinzalle. Wszystko zdaje się świadczyć, że w tym czasie, gdy maszyny pana Zerratha tłoczyły na jej stronach zawijane „o", smukłe, prawie wyprostowane „es", nie dające się opisać „ef", w jakimś warsztacie przycinano deski, gładzono obłości blatu i kładziono prawdziwą politurę na stole, na którym ją położono. Można się spodziewać, że w tekście opisywane są uroki „powietrznego" kurortu, je klimat i krajobraz, zabytki i historia, rzeczy znane w taki lub inny sposób z setek podobnych publikacji. Najciekawsze są ramki, a ówczesny marketing, które mają zachęcać l informować. Handel - czy ten najbardziej elegancki? - osiadł przy Rynku. Pod numerem szóstym, na parterze i pierwszym piętrze Julius Heimann oferował konfekcję damską, męską i dziecięcą, a po sąsiedzku, pod siódemką, Otto Neumann proponował kawę herbatę, artykuły kolonialne, też czekoladowy keks i rozmaite owoce.
Ale, jak to w kąpielisku, dominują anonse pensjonatów i hoteli przy Rynku 3 - „Olivaer Hof" (...) z wygodnymi pokojami, a nawet dostawą do domu zamówionego piwa i wina za opłatą jednej marki. Dalej pensjonat „Baldur" przy Leśnej pod dziesiątką, a przy Słonecznej pod szóstką „Ritter" i „Waldheim" pod piętnastką, na rogu Liczmańskiego.
W tej okolicy jeszcze pensjonat M. Plewka. Do tego dochodzi Kurhaus, położony w lesie, z widokami na morze, oddalony o trzy minuty drogi od tramwaju elektrycznego, który zawiezie na plażę lub do Gdańska, a także „Schweizerei Schwabental", gdzie polecają świeże mleko, masło, inne wyroby mleczne i karpie z własnego stawu.
Niełatwo opanować pewną zadumę, gdy na kolejnej stronie pojawia się duża ramka z napisem „Sparkasse". Minie kilkanaście lat, a siedziba tej, zacnej skądinąd, instytucji, przy Rynku pod osiemnastką, stanie się miejscem głośnego skandalu. Wypłynie przy tym sporo ówczesnych pieniędzy i dwa nazwiska: ostatniego burmistrza Oliwy Herberta Creutzberga i niejakiego Raubego. Ten pierwszy ujdzie sprawiedliwogci. ale ten drugi, który za pieniądze zgromadzone w Kasie prowadził ryzykowne operacje handlowe, między innymi importował angielską herbatę, odpowie przed sądem. Wcześniej zbiegnie do Francji, gdzie dosięgnie go deportacja. Jednak zdefraudowane czetrysta tysięcy guldenów przesądzi o tym, że Oliwa utraci swą administracyjną odrębność i włączona zostanie do Gdańska za cenę pokrycia niedoborów w jej Kasie Oszczędności.
Nieuchronnie nadchodzi moment, który wędrówce po kartach broszury przypisał
przypadek, aby dać szansę skojarzeniu. Nieduży anons w górnym, prawym rogu strony jest skromny i nieagresywny: „R. Bahl, akademisch gebildeter Maler, Oliva, Georgstr. 24".
Kościółek św. Jakuba - grafika W. Buxensteina na skalę między ciemnością i jasnością, malowane tak, jakby artysta nie próbował niczego dodawać do zastanej rzeczywistości. Być może bardziej ufał dziewiętnastowiecznej solidności niż dwudziestowiecznym nowinkom. Ale ostateczne wrażenie jest takie: ci inni chcieli malować potęgę murów i malowali ją ostro i zdecydowanie, a Bahl nawet w korytarzu uilcy widział wnętrze, w którym się mieszka.
To wrażenie utwierdzają reprodukcje zaginionych obrazów. Są, niestety, czarno-biale, więc trochę ślepe. Przedstawiają prace namalowane w 1943 roku, może w jednej serii z „Żurawiem od strony Motławy", który wisi w muzeum, bo tam na sygnaturze widnieje ta sama data. Chlebnicka, Piwna, Karpia i kolejny, tym razem podmiejski taras... Znów delikatne światło, płynna - może bardziej niż kiedyś - łagodność. I detale: kataryniarz na Karpiej, pies przy nogach siedzącej na tarasie, czy anachroniczne postaci i zaprzęg na Chlebnickiej. Jest rok 1943. Pod Stalingradem odwrócony został kierunek
europejskiej nawałnicy, która od tej chwili ze wschodu przetoczy się na zachód. Bahl ma już
siedemdziesiąt cztery lata. Więc może przeczucie, że trzeba przechować ukochane miasto
jako impresję, chwilową grę odcieni i półtonów, pełną szczegółów z innej epoki. Na stole w pokoju, którego okna wychodzą na byłą Kronprinzalle leży obraz, a konserwator w świetle bezcieniowej lampy, z lupą w ręku, wykonuje rutynowe oględziny.
Usiedli przy kawie od Neumanna. Była wojna, ta pierwsza, ale gdzieś daleko. W „Schwabental" podawali jeszcze karpie z własnego stawu, a od Hinzmanna z Oliwskiego Dworu roznosili zamówione piwo i wino za opłatą jednej marki. W pewnej chwili Bahl podszedł do komody i wziął do ręki broszurę o Oliwie, ale przeglądając nic nie powiedział powiedział grafikach Buxensteina i Zerratha.
Ale nieważne są słowa, które padają w tym bladym obrazie
wyobraźni. Ważne jest, że za sprawą tabliczki na ścianie i okolicznościowej broszury obaj
panowie uczestniczą w przedziwnej jedności miejsca i czasu: to wszysto
fotografie współczesnej Oliwy: Tomasz Strug
|
||||||||||||||||||||||||||||
![]() |