Stara Oliwa - winieta
Aktualności
Rada Oliwy
Forum
Zdjęcia
Historia
Co gdzie kiedy?
Linki
Księga
Kontakt



Historia

OLIVA, Georgstr. 24

„OLIVA, Georgstr. 24” - artykuł z czasopisma 30dni nr 7/8(33/34) lipiec/sierpień 2001
Autor: Grzegorz Fortuna

Ten dom stoi nieopodal placu targowe­go w Oliwie. Jest duży i masywny. Niewielkie zaokrąglenia murów od frontu po bokach, między którymi wyrasta wysunięta ściana i mansardowy, chyba nieco niesymetryczny, dach nadają mu pewne piętno indywidualności, nawet wśród tak przecież urozmaiconej architektury starej Oliwy. 
Ktoś, kto całymi latami przechodzi obok, może zauważyć lub nie zauważyć małą tabliczkę z numerem 24, a pod nim charakte­rystyczną strzałkę, która ułatwia orientację przy poszukiwaniu innych domów.


ul. Obrońców Westerplatte 24

Trudno powiedzieć, jakim cudem tabliczka ocalała przez ostatnie dziesięciolecia i stała się jedną z tych rzeczy, o których Stefan Chwin napisze, że zachowywały „pra­wdziwy spokój",gdy „w ciszy na­pełniającej mia­sto, odbywał się
ostateczny sąd".Nie wiadomo, jakizbieg okoliczności spowodował, że po­została na tej ścia­nie nawet wtedy,gdy na okolicz­nych domach zaniebieściło się od dużych tablic, zawieszonych przez pracowników od miejskiej gospodarki. W każdym razie wisi do dziś i zapewne do­trwa do chwili, gdy ulicę Bohaterów Wester­platte (a przy niej stoi) wypełni gustowny,czerwonawy bruk. Bo modernizacja ulicy przybliża się już do tej posesji. Obrońców Westerplatte 24, kiedyś Georgstrasse 24... Bardzo długo, a może na zawsze mogło to nic nie znaczyć. Po prostu, jeszcze je­den dom w podmiejskiej, spokojnej dzielnicy,obok którego w środę i sobotę spieszą na "duży" targ liczni mieszkańcy z Wita Stwosza, Kaprów, Derdowskiego czy Asnyka, a każde­go dnia wczesnym popołudniem grupki liceali­stów z „piątki" na Polankach zmierzają do naj­bliższego przystanku tramwajowego. I tak mogło pozostać, gdyby nie przypadek, od­wieczny sprawca zamętu i chaosu, który tylko niekiedy prostuje myśli i ułatwia skojarzenia.


ul. Obrońców Westerplatte

Broszura jest zwyczajna, a właściwie wtedy musiała być zwyczajna. Trochę obca, bo po niemiecku, a do tego wypeł­niona czcionką o nieco wyszukanym kroju, jakby ktoś skrzyżował tak zwany gotyk z póź­ną prowincjonalną secesją. Ta secesyjna ma­niera jest widoczna w zdobieniu na okładce, klimacie ilustracji, a nawet w obficie użytych ciężkich, grubych liniach, które mają mocno nierówne, postrzępione brzegi. Zeszytowy format i niemal standardowy tytuł, „Luftkurort und Ostseebad Oliva bei Danzig", utrwa­lają wrażenie tamtej zwyczajności, odległej, bo - jeśli wierzyć odręcznemu dopiskowi -sprzed osiemdziesięciu pięciu lat.

Ale broszury nie pochłonął żaden stos hi­storii. A nie należała przecież do kategorii rzeczy, które mogły zachowywać „prawdzi­wy spokój", ba, nie była nawet przedmiotem „drobnym i łatwym do chwycenia w chwili ucieczki" (znów za Stefanem Chwinem). Przeciwnie, groziła jej każda najmniejsza iskra, a później najmniejszy choćby odruch uzasadninego plemiennego odwetu, by stała się podpałką w piecu na Grottgera, Miraua czy Armii Radzieckiej.

Dziś leży spokojnie na stole, w pokoju, którego okna wychodzą na byłą Kronprinzalle. Wszystko zdaje się świadczyć, że w tym czasie, gdy maszyny pana Zerratha tłoczyły na jej stronach zawijane „o", smukłe, prawie wyprostowane „es", nie dające się opisać „ef", w jakimś warsztacie przycinano deski, gładzono obłości blatu i kładziono prawdziwą politurę na stole, na którym ją położono. Można się spodziewać, że w tekście opisywane są uroki „powietrznego" kurortu, je klimat i krajobraz, zabytki i historia, rzeczy znane w taki lub inny sposób z setek podobnych publikacji. 

Najciekawsze są ramki, a ówczesny marketing, które mają zachęcać l informować. Handel - czy ten najbardziej elegancki? - osiadł przy Rynku. Pod numerem szóstym, na parterze i pierwszym piętrze Julius Heimann oferował konfekcję damską, męską i dziecięcą, a po sąsiedzku, pod siódemką, Otto Neumann proponował kawę herbatę, artykuły kolonialne, też czekoladowy keks i rozmaite owoce. 


Stary Rynek Oliwski 3 - dawny hotel "Dwór Oliwski"

Ale, jak to w kąpielisku, dominują anonse pensjonatów i hoteli przy Rynku 3 - „Olivaer Hof" (...) z wygodnymi pokojami, a nawet dostawą do domu zamówionego piwa i wina za opłatą jednej marki.

Dalej pensjonat „Baldur" przy Leśnej pod dziesiątką, a przy Słonecznej pod szóstką „Ritter" i „Waldheim" pod piętnastką, na ro­gu Liczmańskiego. 


ul. Słoneczna 6 - dawny pensjonat "Rycerz"

W tej okolicy jeszcze pen­sjonat M. Plewka. Do tego dochodzi Kurhaus, położony w lesie, z widokami na morze, odda­lony o trzy minuty drogi od tramwaju elek­trycznego, który zawiezie na plażę lub do Gdańska, a także „Schweizerei Schwabental", gdzie polecają świeże mleko, masło, inne wy­roby mleczne i karpie z własnego stawu.


ul. Słoneczna 15 - dawny pensjonat "Leśny Dom"

Niełatwo opanować pewną zadumę, gdy na kolejnej stronie pojawia się duża ramka z napisem „Sparkasse". Minie kilkanaście lat, a siedziba tej, zacnej skądinąd, instytucji, przy Rynku pod osiemnastką, stanie się miejscem głośnego skandalu. Wypłynie przy tym sporo ówczesnych pieniędzy i dwa naz­wiska: ostatniego burmistrza Oliwy Herber­ta Creutzberga i niejakiego Raubego. Ten pierwszy ujdzie sprawiedliwogci. ale ten drugi, który za pieniądze zgromadzone w Kasie prowadził ryzykowne operacje handlowe, między innymi importował angielską herba­tę, odpowie przed sądem. Wcześniej zbiegnie do Francji, gdzie dosięgnie go deportacja. Jednak zdefraudowane czetrysta tysięcy gul­denów przesądzi o tym, że Oliwa utraci swą administracyjną odrębność i włączona zosta­nie do Gdańska za cenę pokrycia niedoborów w jej Kasie Oszczędności.


Stary Rynek Oliwski 18 - dawna Kasa Oszczędności

Nieuchronnie nadchodzi moment, który wędrówce po kartach broszury przypisał przypadek, aby dać szansę skojarzeniu. Nie­duży anons w górnym, prawym rogu strony jest skromny i nieagresywny: „R. Bahl, akademisch gebildeter Maler, Oliva, Georgstr. 24". 

 

Nie ma cienia wątpliwości: adres odsyła do tego domu nieopodal placu targowego, na którym przetrwała niewielka biała tabliczka z czarnymi, dziś lekko zblakłymi cyframi.

Rainhold Bahl, malarz z akademickim wykształceniem, nie był arcymistrzem swojej sztuki. Uczył się u Wilhelma Stryowskiego i w berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dobrym zwyczajem tamtego czasu studia uzupełnił podróżą po Włoszech i Fran­cji. Był porządnym wyrobnikiem pędzla i pa­lety, który nie stronił od przyjmowania zamó­wień na prace, podejmował się konserwacji obrazów i udzielał lekcji malarstwa, o czym informuje w swoim anonsie. Namalował tylko kilka portretów, więc zamówień nie było tak wiele, chyba, że zleceniodawcy ponad własne wizerunki przedkładali jego gdańskie scenki i pejzaże. 

Prawie czterdzieści lat był nauczy­
cielem przedmiotów artystycznych w Miej­skiej Szkole Rzemieślniczej przy Wielkich Młynach, z czego może wynikać, że dorabiał na utrzymanie lub, po prostu, potrzebował pretekstu, by z belferską regularnością wychodzić z pracowni, przecież trochę na uboczu, i młodym ludziom opowiadać o kontra­stach barw, płynności linii na rysunku czy świetle na obrazie, które umiejętnie użyte zmienia kontury przedmiotów, klimat wnę­trza, a nawet ciężką perspektywę ulicy.

Biografowie i historycy nazywają Bahla malarzem motywów gdańskich. Rzeczywiście, wszystko, co po nim zostało wyrosł z tego miasta, które po swojemu budował pędzlem i farbami na płótnie i dykcie. W niedużej sali na drugim piętrze Muzeum Narodowego tam, gdzie wisi gdańskie malarstwo XIX czątków XX wieku, są czetry jego obrazy. Na dwóch jest Żuraw. Na tym młodszym, z 1943 roku, ujęty szerzej, nawet z kawałkiem cypla Wyspy Spichrzów, na starszym z kilkoma kamienicami Długiego Pobrzeża. I zasadnicza różnica klimatu: późniejszy obraz malowny jest bardziej miękko, bardziej kolorowo i jak­by bezkonturowe, wcześniejszy chce oddawać surową monumentalność budowli - jest ja­śniejszy, prostszy, a przez to nieco płaski. W muzealnej sali najstarszy jest „Wieczór na tarasie", namalowany w 1901 roku, gdy Bahl miał trzydzieści dwa lata. Można powie­dzieć, że prawie nie ma na nim architektury, choć wyraźnie widać, że to przecież miejska uli­ca w chwili, gdy zapadł zmrok. Ale domy, stoją­ce w zwartym szeregu, zamieniają się w ciem­ne, ciężkie, choć łagodnie spływające od góry kotary, wśród których przeziera okno tarasu, rozświetlone dwoma kulistymi lampionami. W tej odrobinie blasku majaczy jakaś postać. W muzeum obok obrazów Bahla wiszą obra­zy innych malarzy tamtego czasu: Urtnowsłtiego, Hellingratha i Bendrata. Płótna Bahla są bardziej stonowane, czułe na cienie, wrażliwe.
akwarela,papier, 16 x 24 cm (w świetle oprawy)
 sygn. l.d.: Bahl/Cannes.95

Kościółek św. Jakuba - grafika W. Buxensteina na skalę między ciemnością i jasnością, malo­wane tak, jakby artysta nie próbował niczego dodawać do zastanej rzeczywistości. Być może bardziej ufał dziewiętnastowiecznej solidności niż dwudziestowiecznym nowinkom. Ale osta­teczne wrażenie jest takie: ci inni chcieli malo­wać potęgę murów i malowali ją ostro i zdecy­dowanie, a Bahl nawet w korytarzu uilcy wi­dział wnętrze, w którym się mieszka.

To wrażenie utwierdzają reprodukcje zagi­nionych obrazów. Są, niestety, czarno-biale, więc trochę ślepe. Przedstawiają prace nama­lowane w 1943 roku, może w jednej serii z „Żu­rawiem od strony Motławy", który wisi w mu­zeum, bo tam na sygnaturze widnieje ta sama data. Chlebnicka, Piwna, Karpia i kolejny, tym razem podmiejski taras... Znów delikatne świa­tło, płynna - może bardziej niż kiedyś - łagod­ność. I detale: kataryniarz na Karpiej, pies przy nogach siedzącej na tarasie, czy anachro­niczne postaci i zaprzęg na Chlebnickiej. 

Jest rok 1943. Pod Stalingradem odwrócony został kierunek europejskiej nawałnicy, która od tej chwili ze wschodu przetoczy się na zachód. Bahl ma już siedemdziesiąt cztery lata. Więc może przeczucie, że trzeba przechować uko­chane miasto jako impresję, chwilową grę od­cieni i półtonów, pełną szczegółów z innej epoki.

Na stole w pokoju, którego okna wy­chodzą na byłą Kronprinzalle leży obraz, a konserwator w świetle bez­cieniowej lampy, z lupą w ręku, wykonuje rutynowe oględziny. 

Sygnatura nie budzi wątpliwości: z lekka kanciaste litery, tylko wersaliki, układają się w znany napis „Rainhołd Bahl Danzig Oliva". I widok na płótnie typowy: ulica Mariacka z trudną do pomyle­nia wieżą Domu Przyrodników Tym razem w sygnaturze nie ma daty. 
Nie wiadomo wiec. kiedy obraz opuścił pracownie przy Georgstrasse 24 którą od tego miejsca dzie­li niewiele.
Może było to w jakąś wrześniową sobo­tę, w piętnastym lub szesnastym roku. Nauczyciel rysunku i malarstwa Bahl, si­wiejący pan pod pięćdziesiątkę (wydłużo­na twarz, zaczesany do góry, co odsłania­ło jego coraz wyższe czoło, z białą przy­ciętą brodą i wąsami) był zadowolony z transakcji. Wyszedł z domu i skręcił w lewo, a na pierwszym skrzyżowaniu w prawo. Stąd już widział niedawno wzniesioną kamienicę przy Kronprinzalle. Wszedł na pierwsze piętro. Tu był zaproszony przez znajomego nauczyciela, a mo­że miejscowego pastora.

Usiedli przy ka­wie od Neumanna. Była wojna, ta pierw­sza, ale gdzieś daleko. W „Schwabental" podawali jeszcze karpie z własnego sta­wu, a od Hinzmanna z Oliwskiego Dworu roznosili zamówione piwo i wino za opłatą jednej marki. W pewnej chwili Bahl pod­szedł do komody i wziął do ręki broszurę o Oliwie, ale przeglądając nic nie powiedział powiedział grafikach Buxensteina i Zerratha.

Nie pochwalił się nawet swoim anonsem. Kiedy wyszli na balkon, nie widzieli jesz­cze dorodnych lip, które rosną przy Wita Stwosza, ani wieży kościoła przy Leśnej. To wszystko będzie później. Jeśli rozma­wiali o wojnie, to pewnie darowali sobie narzekanie na drożyznę i niedostatki. W piętnastym Bahl mógł się zastanawiać, co są warte akwarele, którymi Berthold Hellingrath ozdobił dyplom honorowego oby­watela wręczony feldmarszałkowi Mackensenowi, a w szesnastym pastor mógł się podśmiewać z nowinki, jaką szykowali katolicy: na Boże Narodzenie w kościele poklasztornym miało działać elektryczne oświetlenie.

Ale nieważne są słowa, które padają w tym bladym obrazie wyobraźni. Ważne jest, że za sprawą tabliczki na ścianie i okolicznościowej broszury obaj panowie uczestniczą w przedziwnej jedności miejsca i czasu: to wszysto
wydarzyło się lub mogło się wydarzyć w tym zakątku. Bez poczucia takiej jedności nie można być naprawdę u siebie.

fotografie współczesnej Oliwy: Tomasz Strug 

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Bookmark and Share