Stara Oliwa - winieta
Aktualności
Rada Oliwy
Forum
Zdjęcia
Historia
Co gdzie kiedy?
Linki
Księga
Kontakt



Historia

Dwór Schwabego - Dwór Oliwski
Schwabenthal - Do­lina Schwabego

„Był sobie kiedyś dwór w oliwskiej dolinie"  artykuł z czaspoisma 30dni nr 11(25) listopad 2000
Autor: Tadeusz T. Głuszko

Miejsce spotkania wyrzynającej się z oliwskich wzgórz Doliny Radości z wylo­tem Doliny Zgniłych Mostów nosiło do końca wojny nazwę Schwabenthal - Do­lina Schwabego. Identycznie nazywano stojący w dolinie dwór. Po polsku mó­wiło się Dwór Schwabego. Wojna obeszła się z tym miejscem łaskawie. Za ludo­wej władzy posiadłość przy ulicy Bytowskiej 4 uległa daleko posuniętej dewasta­cji. W latach 70. przymierzano się nawet do postawienia tam wielkiej chlewni. Po malowniczej stodole, spichlerzu i innych budynkach gospodarczych w poło­wie lat 80. nie pozostał ślad. Nie remontowane zawaliły się i zarosły chwastami. Zanim to jednak nastąpiło, dawny majątek Schwabenthal pozostawał jednym z nielicznych na obszarze Gdańska zespołów dworskich o charakterze podmiej­skiej posiadłości nie zeszpeconych powojennymi przebudowami.


Dwór na przełomie XIX i XX wieku - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

W miejscu gdzie łączą się wody Poto­ku Oliwskiego i Prochowego już w XVI wieku istniał dwór z ogro­dem, sadem i młynem. Dwór i ziemia należa­ły do klasztoru oliwskich cystersów, młyn ze stawem do niejakiego Kacpra Jenischa. W1601 roku gdańszczanin Jakub Schwabe odkupił od Jenischa młyn oraz staw, a dzie­sięć lat później dokupił dwór z domkiem ogrodnika, ogrodem oraz ziemią uprawną. Nowy właściciel nie długo cieszył się podoliwską posiadłością. Popełnił samobójstwo w 1615 roku, kiedy wyszły na jaw ogromne malwersacje, jakich się dopuścił jako urzęd­nik miejski. Sprawa stała się głośna. Od na­zwiska malwersanta na długo przyjęła się na­zwa dworu oraz otaczającej go doliny. Posia­dłość często zmieniała właścicieli. Do roku 1945 naliczyć ich można około dwudziestu. W latach 1801-1821 w Schwabenthal władał Jan Jerzy Junker. Należało do niego pięć włók i pięć morgów ziemi, ponadto dom mieszkalny, ogród, stodoła, spichlerz, stajnia oraz kuźnia miedzi z budynkiem mieszkal­nym dla zatrudnionych w niej robotników. W1898 roku kolejnym właścicielem stał się drogą kupna Hugo Mrozek. Z kwerendy i analizy materiałów źródłowych wynika, że chociaż familia Mrozek opuściła na zawsze Schwabenthal w marcu 1945 roku, aż do 1959 roku posiadłość oficjalnie należała do nich. Stamtąd dowiadujemy się również nazwiska późniejszego właściciela. Zachowany do na­szych czasów w stanie ruiny barokowy budy­nek dworu powstał najprawdopodobniej w połowie XVII wieku. Tworzy prostą i zwar­tą bryłę założoną na planie prostokąta, dwu-kondygnacyjną, nakrytą mansardowym da­chem. 


Pozdrowienia ze "szwajcarskiej" doliny Schwabego - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

Jedyną ozdobą elewacji były niewyszu­kane w formie okiennice i drzwi wejściowe oraz drewniane profilowane gzymsy oplatają­ce budynek poniżej dachu. We wnętrzu zacho­wał się belkowany strop oraz mocno zniszczo­na sień z rokokową klatką schodową. W po­mieszczeniach pierwszego piętra zabezpie­czono stiuki ozdobione malowidłami. Najstar­sza część budynku to głęboka XVI-wieczna piwnica z krzyżowym sklepieniem. Cennym uzupełnieniem zespołu były budynki gospo­darcze posadowione na masywnych podmu­rówkach kamiennych, pokryte stromymi dwuspadowymi dachami opadającymi nisko prawie do ziemi. Park w stylu angielskim po strome północno-zachodniej założono w poło­wie XIX wieku prawdopodobnie na miejscu barokowego ogrodu.


Wjazd do dworu

Dwór jeszcze u schyłku lat sześćdziesiątych urzekał położeniem w cichej dolinie, propor­cjami bryły oraz wspomnianymi budynkami krytymi holenderką i gontem. Posiadłość mo­gła wszelako przygnębiać rzucającym się w oczy nieładem oraz daleko posuniętymi zniszczeniami, w tamtych latach był to jednak widok normalny. Chętnych do wejścia na majdan i zwiedzenia wnętrz dworu przepędzano jak intruzów. Również nie wolno było rozsta­wiać sztalug na dworskiej łące, bo stanowiła własność prywatną ciętej na artystów właści­cielki. Dopiero w latach osiemdziesiątych wszedłem tam nie zatrzymywany. W dworze nikt już nie mieszkał. W tamtym czasie Pra­cownie Konserwacji Zabytków próbowały uczynić z Schwabenthal tzw. dom pracy twór­czej. Rozpoczętą adaptację jednak zarzucono, pozostawiając niezabezpieczoną budowę przy­rodzie, włóczęgom i narkomanom. Minęło parę lat. W tym roku nieoczekiwanie poznałem wię­cej niż siedemdziesięcioletnią panią Mariannę mieszkającą blisko Dworu Schwabego. Dzięki jej opowieści to miejsce staje się bardziej zro­zumiałe i bliższe. W 1941 roku moja rozmów­czyni została wywieziona ze Świecia na przy­musowe roboty właśnie tu, do Schwabenthal.

Jak to na pograniczach bywało, ludzie tutejsi reprezentowali typy o rodowodach często bar­dzo przemieszanych. Tacy trochę Niemcy, tro­chę Polacy. Chcemy zatem czy nie, ich historia jest w dużej części i naszym dziedzictwem.


Kuźnia przy dworze

Przez długie lata właścicielom Schwaben­thal dawały dochód plony pól oraz zyski z kuź­ni stojącej na miejscu dawnego młyna, przy­cupniętej do grobli spiętrzającej wodę w dworskim stawie. Po pożarze, jaki krótko po 1900 roku strawił kuźnicę, Hugo Mrozek urządził w dworze restaurację. Wśród gdańszczan rodziła się w tamtym czasie moda na spacery podmiejskimi lasami i odpoczynek w leśnych restauracjach. Mrozek trafił zatem w dziesiątkę. Wkrótce wystarczyło w Gdań­sku powiedzieć: Schwabenthal bei Oliva i pra­wie każdy wiedział, o jaką dolinę, o jaki dwór i o jaką gospodę chodzi. Ukazało się nawet kil­ka pocztówek zachwalających to idylliczne miejsce na ziemi. 

Dla gości przeznaczono cały parter, powiększony w latach dwudziestych o dwie werandy dobudowane do ścian szczyto­wych dworu, wykorzystywane w ciepłych miesiącach. Elsa Mrozek przejęła Schwaben­thal po śmierci męża w 1913 roku. W latach II wojny światowej była około siedemdziesięcio­letnią energiczną i dumną damą. Z niezamęż­ną córką Edith zajmowała piętro dworu. Nie­mieckie służące, z traktowaną jak Niemka młodą Kaszubką Anną, mieszkały w poko­ikach na poddaszu. 

Po wybuchu wojnyw Schwabenthal jak i w innych majątkach i większych gospodarstwach pojawili się ro­botnicy przymusowi. U Elsy zamieszkali w dawnym budynku pracowników kuźni, sto­jącym za dworskim stawem. Marianna z inny­mi Polkami zajmowała jeden koniec baraku, w drugim mieszkali dwaj chłopcy wywiezieni z Wilna oraz Kaszub Kolasa, mężczyzna doro­sły, posiadający własną rodzinę. Kolasa znał niemiecki i najczęściej to on tłumaczył polece­nia pani Mrozek i jej zarządcy Boćka. Przy Kolasie nie można było za dużo mówić. Za bar­dzo nadskakiwał Niemcom. W Schwabenthal zapewniono Polakom harówę od rana do wie­czora. Najczęściej pracowali w polu. A grunty Frau Mrozek to prawie cala dzisiejsza Dolina Zgniłych Mostów z terenami zajętymi przez ogródki działkowe. Zimą dziewczyny darły pierze w jako tako ogrzanej „buchcie” na pod­daszu obok klitki zajmowanej przez pokojów­kę Lisbethę, albo zarządca Bock odsyłał je do szopy blisko stajni, gdzie piłowały drewno. Bock to był służbista. Nawet na chwilę nie pozwalał się rozprostować. A pracowały przecież za nic. Za samo jedzenie. Do domów na święta musiały jeździć za własne pieniądze. Nawet roboczego ubrania nikt im tu nie dał.

W niedziele dziedziczka zatrudniała dziew­czyny w kuchni na piętrze, gdzie pomywały naczynia po gościach odwiedzających gospo­dę. Nienawidziły tej pracy. Jeszcze przed woj­ną była to normalna gospoda z ciepłymi posił­kami i wyszynkiem. W latach wojny była to tylko cukiernia. Gościom serwowano słynne na cały Gdańsk wyroby tutejszej kuchni: wa­fle, ciasta i torty podawane z kawą albo herba­tą. Obsługiwała ich najęta przez Elsę Niemka Traute, ona też sprzątała pomieszczenia re­stauracyjne. W ciepłe dni, kiedy nawet na we­randach brakowało miejsca, dostawiała stoły na zewnątrz. Goście chętnie obsiadali duży ka­mienny stół stojący od strony parku. Cukier­nię Elsy Mrozek odwiedzały w latach wojny najczęściej same kobiety, „stare kaffetanten”, jak je nazywała Marianna. Mężczyźni zajęci byli bowiem walką o Wielkie Niemcy. Musiało przychodzić tych dam nie mało, skoro dziew­czyny nie raz pomywały do późnego wieczora. Ile razy prosiły o deszcz, żeby jak najmniej „przeklętych bab” nawiedzało ich Schwaben-thal! Kuchnia na piętrze to królestwo kuchar­ki Anny. Tylko ona przyznawała się w dworze do znajomości polskiego i czasem tłumaczyła polecenia zarządcy Boćka oraz Frau Mrozek. Anna gotowała także dla Polaków. Jedzenie było nawet niezłe. Marianna mimo to dokar­miała się żywnością przysyłaną z domu. Pacz­ki dochodziły do Schwabenthal nie za często i nie wszyscy Polacy je dostawali. Byli młodzi i mieli apetyty. Skoro zatem udało im się pod­patrzyć, że jakaś kura znosi jajka w mrocz­nym zakątku spichrza, podkradali je i dzielili między siebie. Zrozumiałe, że robotnicy nie ja­dali z „państwem”. Frau Mrozek wyznaczyła im osobną stołówkę w pomieszczeniu obok stajni. Śpieszyli się z jedzeniem, bo muchy nie próżnowały. Dumna Elsa była szczupłą damą średniego wzrostu. Nie pospolitowała się bez­pośrednimi kontaktami z Polakami. Jakkol­wiek wymagała bezwzględnego posłuszeń­stwa, nie była najgorszą „Niemrą”. Nigdy nie straszyła odesłaniem na gestapo, nie wyzywa­ła, nie wymierzała upokarzających kar. Kiedy jednak Mariannie zaczęły psuć się zęby, nie puściła jej do dentysty.

Nadszedł marzec 1945 roku. Gdzieś blisko Doliny Schwabego działy się okropności, których sensu chyba nikt w dworze nie rozu­miał. W normalnych warunkach Elsa i Edith świętowałyby za kilka dni niemieckie Ostern. Również Marianna i inni Polacy w normalnych warunkach może wyjechaliby, jak co roku, na kilka dni do domów nacieszyć się polską Wielkanocą, spotkać najbliższych i trochę wypocząć. Mieszkający blisko młody Herr Mrozek w tym świątecznym czasie na pewno odwiedziłby z żoną i synami matkę i siostrę. Wszystko wskazywało, że stanie się tak mimo coraz wyraźniejszych odgłosów frontowej kanonady przynaglającej wielu oliwian do pośpiesznej ewakuacji na zachód. Mimo nadciągającej w zawrotnym tempie nawały bolszewickiej, w Dworze Schwabego dni upływały w dawno ustalonym rytmie. Anna, jak co roku, zajęta była szykowaniem świątecznych przysmaków na stoły właści­cielek dworu i ich gości. Lisbetha myła okna i szorowała podłogi. Traute każdego dnia szykowała salę restauracyjną na przyjęcie stałych bywalczyń.

24 marca wieczorem wydawało się jednak pewne, że coś się kończy, że najdalej następ­nego dnia rosyjscy żołnierze przetoczą cięż­ki walec historii przez ciche i spokojne Schwabenthal. Błyski i grzmoty wystrzałów dochodziły już zza okolicznych wzgórz. Nocy jak tamta nigdy tutaj nie było. Płonące cyga­ra katiusz przelatywały gwiżdżąc nad doliną. Wystarczyłoby jedno, by zmieść z po­wierzchni ziemi barak stojący nad pomłyńskim stawem. Około czwartej nad ranem Marianna zdecydowała się przekroczyć za­kaz samowolnego wchodzenia do dworu. Kryjąc głowę w ramionach przebiegła z in­nymi Polakami groblę dzielącą od dworskie­go majdanu. Drzwi dworu były otwarte. Zbiegli co tchu do piwnicy przygotowani na wymówki. Ujrzeli tam tylko przestraszoną Annę. Dowiedzieli się, że Elsa i Edith zabra­ły z niemieckimi służącymi najniezbędniejsze rzeczy i nocą opuściły Schwabenthal. Po chwili usłyszeli ruch na majdanie. Oczekiwa­li najgorszego. Mogła to być niemiecka od­siecz albo Rosjanie. Do piwnicy zaraz wbie­gli niewysocy, niechlujnie ubrani mężczyźni. Byli bardzo młodzi. Rozglądali się nerwowo. Lufy pepesz połyskiwały gotowe do strzału. „Paliaki?! Giermańcy?!” - krzyknęli. Wypad­ki pobiegły wartko po sobie. Rosjanie zaraz zagonili jednego z chłopców do obrywania instalacji elektrycznej ze ścian. Inny musiał próbować znalezione produkty żywnościowe, czy nie były zatrute. Annę zawlekli w kąt i gwałcili. Po niedługim czasie przyszedł ja­kiś starszyna i kazał się wszystkim wynosić, by dać miejsce dla rannych. Dziewczyny i Kolasę pognano za las do jakiegoś gospo­darstwa, gdzie było już więcej Polaków. Chłopców z Wilna nie poprowadzono z nimi. Niewykluczone, że postawili się Rosjanom i zostali zabici. Przez dwa dni nie można by­ło się nigdzie ruszyć. Trzeciego rano okazało się, że nie ma rosyjskich wartowników. Pew­nie pobiegli za frontem, który potoczył się dalej na zachód.

Dla Marianny wojna się skończyła. Wróci­ła do domu. W rodzinnym Świeciu wytrzy­mała raptem rok. Na Zielone Świątki 1946 roku była już z powrotem w podgdańskiej dolinie Schwabenthal, gdzie w latach 1941-1945 „zmarnowała najlepsze lata młodości”. Zbyt „szwabska” Dolina Schwabego utraciła swoją historyczną nazwę. Została pochłonię­ta przez Dolinę Radości, nazywającą się bardziej swojsko. Ta nazwa bardzo pasowała Mariannie. Do radości miała bowiem dużo powodów. Nie było wojny. Wyszła za mąż. Męża poznała właśnie tu, na „robotach”. Dlaczego tutaj wrócili? Mąż zadecydował. Zajęli nieduże mieszkanko obok czynnej do dzisiaj kuźni wodnej, poniżej posiadłości pań Mrozek. W tej kuźni mąż Marianny dostał pracę. Wyrabiał jakieś narzędzia rolnicze. Tymczasem po opuszczonym Dworze Schwabego została sama nazwa. Przestał być majątkiem w dawnym stylu. Stał się niszczejącym „poniemieckim” gospodar­stwem z nowym gospodarzem nie bardzo ro­zumiejącym, gdzie mieszka i gospodaruje. Nowy właściciel wynajął część pomieszczeń różnym ludziom zagnanym przez historię z całej Polski. Duże pokoje zaczęto dzielić na mniejsze. Ściany dworu zaczął zżerać nie znany „za Niemca” grzyb. Niedostatecznie doglądane zabudowania popadały w ruinę. W jednej z werand na kilka lat urządzono farbiarnię. Potem suszono w niej zioła. W drugiej trzymano jakieś narzędzia i inne rupiecie. Z niekonserwowanej stolarki osy­pywały się płaty poniemieckiej farby. Wszystko traciło dawny blask.

Pod koniec lat sześćdziesiątych niespo­dziewanie odwiedziła dom przy Bytowskiej córka Elsy, Edith, z bratankiem i kilkoma in­nymi Niemcami. Okazało się wtedy, że nieźle sobie radzi po polsku. Niewykluczone, że znała ten język również jej matka. Nastąpiło spotkanie dawnej właścicielki z nową panią. Nowa pani właśnie wychodziła przed oborę z wiadrami świeżo wydojonego mleka. Ostatnia wojna zabrała tej kobiecie kilka bli­skich osób. Po jakimś powitaniu i prezentacji z ust nowej właścicielki wylał się głośny po­tok słów. Niewiasta w kilku rozbudowanych zdaniach dotknęła wielu wątków. Edith usły­szała i to, kto teraz rządzi na nie jej ziemi i w nie jej domu i że tą władzą ani myśli się z Niemką dzielić. Wizyta była krótka jak u dobrego lekarza. Edith zrozumiała, że nig­dy do Schwabenthal nie wróci.

Nigdy. Bo Schwabenthal już nie ma. Kil­ka lat później odeszła i powojenna pani. Nie dostała zezwolenia na postawienie wielkie­go chlewu, to i nie miała co tutaj robić. Gdzie nie spojrzeć, wszystko się waliło. Przeniosła się do bloków. 

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Jak dziś wygląda to miejsce możesz zobaczyć tutaj

  Bookmark and Share