
|
Historia
Z Sopotu do Jelitkowa
Na obiad podano jedzenie, którego spodziewałem się już od dawna:
złotobrązowe kotlety rybne w sosie maślanym z ziemniakami w śmietanie i świeżą,
zieloną sałatą. Wizja kolejnych czternastu ciepłych,
przepełnionych słońcem dni wprawiła mnie
w zachwyt. W takim stanie udałem się do
mojego pokoju i szeroko otworzyłem okno. Cichy szum morza i szelest liści starych
drzew dochodzący z południowego parku tworzyły prawdziwy akompaniament dla tego
zwykłego dnia. Wyczerpany długą kąpielą, po kilku minutach medytacji, w poczuciu beznadziejności mocno zasnąłem. Zostałem obudzony przez moją siostrę, która była dwanaście lat młodsza ode mnie i dlatego miała obowiązek budzić się wcześniej niż jej leciwy braciszek. „Zapomniałeś o naszym spacerze do Jelitkowa?” zapytała. „Skądże znowu, droga damo”, odpowiedziałem, „Za dziesięć minut jestem gotowy!”
Z chłodzącego, południowego parku udaliśmy się w
kierunku słońca, jak z zimnego grobowca do piekarni. Przechadzaliśmy się po promenadzie przy plaży.
Przeszliśmy obok kąpieliska. Po prawej stronie towarzyszyły nam piękne wille,
po lewej zaś, ukochane morze i piękna plaża, która z minuty na minutę zdawała
się pustoszeć. Kawałek dalej przed ochronką
gromada dzieci bawiła się na białym piasku. (…) Plaża jest przecież najpiękniejszym placem zabaw
na świecie, ponieważ nawet przy tarzaniu się i wsz Widok, który ukazał się trochę dalej, kontrastował z tym ludnym miejscem. Dotarliśmy do Lasku Karlikowskiego. W zasadzie powinien się nazywać on mini-laskiem, gdyż stało tam zaledwie parę sosen. A mimo wszystko był to obraz niepowtarzalnej idylli. Wokół piaszczystego terenu znajdowała się osada rybacka, w której tak upajająco pachniało wędzonymi flądrami.
Zdecydowaliśmy się wziąć w drodze powrotnej kilka sztuk tej płaskiej
ryby. Mówi się, że prawdziwy mieszkaniec terenów nad Bałtykiem może jeść tak
często ryby, aż mu ości wyrosną z brody. O tej porze widok osady dawał uczucie
doskonałej ciszy i spokoju. Kilku rybaków o twarzach noszących ślady wielu
połowów, trzymając niedopałek papierosa w ustach, siedziało przy rozciągniętych
na wielkich rusztowaniach sieciach, łatając je bez końca. Łodzie rybackie leniwie
i ciężko wylegiwały się na piasku. Pomiędzy nimi wałęsał się chudy kot, zwabiony
zapachem ryb i szukający czegoś do zjedzenia.
Teraz plaża całkowicie opustoszała. Słychać było tylko głośne krzyki mew. Domostwa od strony lądu ucichły. Rozległy się jeszcze dźwięki dobiegające ze zraszanych pól i ogródków działkowych. Z tyłu dobiegały odgłosy z okolic toru wyścigów konnych. W zasięgu wzroku było Jelitkowo wraz ze swoim krótkim molo.
Na plaży, która do tej pory była płaska, zaczęły wyrastać
stopniowo wydmy jelitkowskie – prawdziwe eldorado dla tych wszystkich, którzy
kochają samotność lub życie we dwoje. W pobliżu przystani stały kosze plażowe,
otoczone długimi i wysokimi piaszczystymi górkami, nad utrzymaniem których pracowała
widocznie codziennie całe rodziny.
Tu było
inaczej niż w Sopocie. Podczas gdy tam po południu panował stosunkowo niewielki
ruch na plaży (ponieważ było wystarczająco wiele innych atrakcji), kuracjusze
Jelitkowa wylegiwali się często jeszcze popołudniami na plaży. Jelitkowo
było kurortem nadmorskim dla średnich urzędników i pracowników umysłowych,
chcących rozkoszować się spokojem. Fama niesie, iż zwracano tu surowo uwagę na
to, by wysokość wału piaskowego była stosowna do pozycji społecznej głowy
rodziny. O tym czy to prawda niechaj zdecydują lepsi znawcy jelitkowskich praw
plażowych i ich rozporządzeń wykonawczych.
A teraz jesteśmy przy Tobie, ty mały, biały domku zdrojowy! W porównaniu do
sopockiego przepychu wydajesz się być fiołkiem przy pięknej róży, choć prawda,
nawet zapach fiołków ma w sobie to coś. Ze
swoimi wielkimi oknami, olbrzymią kolumną i ogrodem kawowym wydzi
Po kawie zwyczajem była przechadzka połączona z podziwianiem tutejszych rozgwiazd. Mostek był mały, ale zadbany.(…) Jako sopocianie czuliśmy się tutaj jak mieszkańcy wielkiego miasta przybywający na wies. Przez chwilę przyglądaliśmy się kuracjuszom. Rozmawiali ze sobą w swoim łatwym do rozpoznania ojczystym akcencie, który bardzo pasował to tego przyjemnego, lokalnego kolorytu.
Włączyliśmy się do rozmowy i dowiedzieliśmy się, że pochodzą z Keenichsbrach. Rano chcieli pojechać do kasyna w Sopocie aby spróbować swojego szczęścia. Jednak ponieważ to wcale nie jest takie proste i najczęściej wychodzi inaczej niż byśmy chcieli , to odradziliśmy im ten pomysł.
Za każdym razem byliśmy nią całkowicie
zafascynowani. To było tak ogromne, tak piękne, że zapatrzeni całkiem
zapomnieliśmy o odebraniu wędzonych fląder. Jest to jednoznaczny dowód na to,
że cudy natury są w stanie zwyciężyć wszelką materię! |
||||||||||||||||||||||
![]() |