
|
Historia
Sen o zimie
Krótkie spojrzenie o świcie przez okno. Widać
świeży, dziesięciocentymetrowy śnieg. No i mamy niedzielę. Cały, wolny dzień! Narty już zapięte i prawie szusem pędzę w
dół ulicy w stronę Targu Siennego. Przy Bramie Wyżynnej stoi już cała grupka
innych zapalonych narciarzy. W oczekiwaniu na tramwaj do Oliwy rozgrzewamy się
tupaniem i wymachiwaniem rękami. Od czasu do czasu, gdy znajomi się
pozdrawiają, słychać zmarznięty okrzyk „niech żyją narty!”. Mimo że wymarźliśmy,
to nastroje i tak są wspaniałe. Ciepło zrobi się nam dopiero gdy narty zaczną
ślizgać się po śniegu. Nareszcie nadjeżdża dwójka. „Narciarze do
szeregu!“ "Uważajcie, bo motorniczy nie jest dziś miły”. „Człowieku, z tyłu jest
już pełno!“ Idziemy więc na przód, żeby motorniczy przestał się trząść ze
strachu o szyby swojego pięknego, modnego tramwaju – dumy wszystkich
gdańszczan. W tramwaju jest coraz ciaśniej, wiązania nart
uwierają w plecy. Przy głębszym wdechu w ciało wbija się kijek. Kohlenmarkt (Targ Węglowy),
dworzec kolejowy, Olivaer Tor (Brama Oliwska),
Markt Langfuhr (Rynek we Wrzeszczu – teren przed dzisiejszym Manhattanem) – na każdym
przystanku czeka nowy tłum. Każdy chce jak najszybciej dotrzeć do lasu.
Większość jedzie do Friedensschluss (przystanek Abrahama),
inni do Oliwy. „Abrahama!“ - Nareszcie nam się udało! Narty
zapięte, no to w drogę. Co wprawniejsi koledzy odbijają od grupy a początkujący
robią pierwsze, ostrożne kroki. Nie trwa to długo, do czasu aż zostaje
wyślizgany tor, który nazywamy „wanną”. Każdy
tor przynosi nową grupę ludzi. W lesie wszyscy szybko się spotykają. Na oślej łączce słychać zmieszane upadki,
śmiechy i przekleństwa. I wnet przejmuje mnie las swoją ciszą, swoimi
mocno zaśnieżonymi drzewami i ścieżkami. Wszystko, całą codzienność pozostawiam
za sobą. Towarzyszą mi tylko moje narty. Jest nieskończenie wiele dróg, leśnych
ścieżek i celów, które można łatwo osiągnąć. Dla każdego się coś znajdzie: dla
wygodnych Dolina Radości lub Krzaczasty
Młyn (teren dzisiejszego Zoo). Kto chce szusuje dalej, aż do Sopotu lub
Wielkiej Gwiazdy.
Ci którzy jadą bezpośrednio do Oliwy, idą
dalej koło starej Kuźni Wodnej (czy ona jeszcze dzisiaj stuka?), Domu
Szwajcarskiego (dziś hotel „Dwór Oliwski”) aż do Doliny Radości. W niedziele między godziną
10 a 13 znalezienie tam miejsca graniczy z cudem. Wszyscy narciarze spotykają się
tu na przerwie przed obiadowej. Przed budynkiem stoją zgodnie oparte o ścianę
narty jedna para obok drugiej. „Norweg“
obok lepszego wydania „desek od skrzyni”. Z Doliny Radości organizowany jest
również często bieg długodystansowy dla starszych i młodszych. Po wejściu pod
górę i zjechaniu, spotyka nas tu nagroda – podana nam hojnie szklanka słodkiej
herbaty. Przy świetle księżyca nawiedzeni i zapaleni narciarze organizują tu
nawet w mroźne noce biegi przez zaśnieżony las.
Jeszcze
piękna jazda powrotna z paroma miłymi szusami aż do Abrahama i tramwaj zawozi
mnie z powrotem do domu. Zmęczony błogo zanurzam się pod kołdrę. Jednak ledwo
co zamknąłem oczy a znów słyszę przeraźliwy dźwięk budzika. To nie może być
znowu ranek! Zaspany
podchodzę chwiejnym krokiem do okna. Deszcz stuka w szyby, łyse gałęzie wyciągają do mnie swoje ręce. No tak, teraz
już wiem. Jestem rozbudzony. Moja piękna zimowa niedziela była tylko snem.
Wspomnienie pięknych, niezapomnianych czasów i domu rodzinnego. Zmęczony
zaczynam się ubierać. Powoli schodzę po schodach. Stojąc przed drzwiami wejściowymi
przechodzi mnie dreszcz, podnoszę kołnierz płaszcza i rozkładam parasol. Tam
były narty – moi dobrzy i zaufani towarzysze zimy w miejscu rodzinnym, tu
trzymam ten bezosobowy parasol! A mimo wszystko sen i wspomnienie pozostają,
pomagając wiele przezwyciężać. Tłumaczenie: Stella Wawrzyniak / Tomasz Strug
|
||||||||||||||||||||||
![]() |