
|
Historia
Oaza w Dolinie Radości
Któżby
jeszcze nie znał tej drogi prowadzącej z Oliwy? Przez Dolinę Powagi, wzdłuż Zamku Mormonów,
kuźni wodnych i Kleverberg (Vierkleverberg – Wzgórze Konik). Szło się potem od Doliny
Szwabego,
przez Ellakamm (grzbiet górski „Ela” –prowadzący do wzgórza „Ela”)
Można też było podążać ukończoną w 1934 roku, poprawioną szosą, przy „Filemonie i Baucisie” (dwóch
zrośniętych razem lipach) - prosto, wzdłuż Wzgórza Danza z brzozami wciśniętymi
w iglasty las w postaci liter D-A-N-Z.
Mrucząc, szemrze potok biorący swój początek przy zabudowaniach dawnej leśniczówki, znajdujących się na zachodnim krańcu Lasów Oliwskich. Napędzający młoty Potok Jelitkowski, pozornie znika w małym stawie, aby następnie rwać jeszcze żywiej w poszukiwaniu koła młyńskiego w Dolinie Szwabego. Znika, a na jego miejscu szemrze mały wodospad. Potem biegnie dalej przez staw Doliny Powagi i bagniste łąki przy Zamku Mormonów aż do ogrodu zamkowego, do Książęcego Widoku (tzw. "okno na morze" w Parku Oliwskim - dziś zarośnietę lasem położonym przy plaży) i Konradshammer (Kużnia Konrada). I w końcu do morza, które w Jelitkowie przyjmuje go w swe otwarte ramiona. Ale my pójdziemy w górę jego
biegu i tak oto jesteśmy w Dolinie Radości, pierwszym postoju na jego drodze.
Wita nas ożywione kwakanie, dzikie i oswojone kaczki, łyski, łabędzie ożywiają
wodę. Na schodach leśniczówki oczekuje nas korpulentny gospodarz, pan Kamin.
Z przyjaźnie błyszczącą twarzą zaprasza nas na jaja sadzone na słoninie, kanapki z szynką i nieunikniony płukacz gardła czyli prawdziwy Machandel Piotra Stobbe. I wkrótce gospodarz zaczyna swoją opowieść: „To prawdziwa
oaza! Leśniczówka „Dolina Radości” posiada wszelkie cechy prawdziwej oazy:
niezbyt łatwo ją znaleźć, podejście wzmaga pragnienie, samotna, zadziwiająca,
ale również prawdziwie pokrzepiająca i dająca wytchnienie. Jak po marszu przez
Saharę. Po odsłużeniu dwunastu lat szukałem spokoju i odpoczynku od woja. Znalazłem Dolinę Radości, ale spokoju jeszcze długo nie zaznałem. Jako gospodarzowi obce mi jest to uczucie, ale jestem tu od tego, aby oferować je moim gościom. Stary dobry nadleśniczy Schultz z Oliwy życzliwie wyszedł mi naprzeciw w kwestii dzierżawnego, ponieważ dom był strasznie zrujnowany. Musiałem włożyć w niego moje kapitulacyjne (wykup za służbę w wojsku) i jeszcze trochę dołożyć, aby uczynić go gościnnym i nadającym się do zamieszkania. Zostały dobudowane weranda i salon oraz urządzone przytulne pokoje gościnne. Przyjaciele zatroszczyli się o trofea myśliwskie. Proszę spojrzeć tutaj! Borsuk, lis, kuna i tchórz, rogaty zając, sowy i sójki, wiewiórki i kraska, głuszec i cietrzew. Nawet broń i rogi antylopy z Afryki, przede wszystkim zaś jednak żyrandol z tyk (poroże bez odnóg) jelenia szlachetnego i łopat dzikiego daniela – tak, tak – powolutku sobie wszystko sam nazbierałem.
Zaprzyjaźniony malarz namalował obrazy na ścianach salonu. Dokładnie tak było! Następnie musiałem się uniezależnić pod względem wyżywienia. Zostały nabyte dwa konie, dwie krowy, kozy, kury, gołębie, kaczki, gęsi. Do dóbr leśnych należy jeszcze przecież dwadzieścia mórg pola uprawnego i łąka. Oczywiście w domku leśniczego nie może zabraknąć jamnika, oto „Schniefke” - stary szelma”. Czarny, krzywonogi grubas stuka łasząco swoim wilgotnym nosem o nasze kolana. – „Tym sposobem – mówił dalej - bez reklamy stałem się znany. Całe swe uczucie przelewam jednak na Wildgarten (Dziki Ogród), niezupełnie z powodu nakładów pracy, o wiele bardziej z przywiązania do powierzonych mi przez Towarzystwo Dzikich Ogrodów zwierząt. Przywiązania jak do dzieci, których niestety nie mam. Jako pierwsze nabyłem
wiewiórki, które dokładnie tak samo jak wcześniej na jarmarkach, biegały w
klatce w tę i z powrotem, kręciły bębenek i zachwycały dzieci. Następnie doszły
małpy, które z powodu klimatu musiały mieć ogrzewaną sypialnię i
nawet dochowały się jednego młodego. Raz mało brakowało, a miałbym poważny problem, gdy małpi
ojciec mocno zadrapał droczącego się z nim przemądrzałego smarkacza. Musiałbym
wyłożyć sporą kasę, gdyby wówczas doszło do zakażenia krwi. Ale na szczęście
wszystko skończyło się dobrze.
Do tych
zwierząt doszły potem w dużej wolierze kruki i sroki. W oczku wodnym trzymam
szopy pracze, które jedzą mi z ręki. Każdy kęs najpierw obmywają, zanim wetkną
go do pyska swoimi długimi, spiczastymi szponami. Również pawia na dachu, który
nocą śpi w konarach wysokich drzew, nie może zabraknąć. Kaczki japońskie
ufnie kołyszą się pomiędzy gośćmi. Dzikie kaczki - normalnie ptaki wędrowne,
szybko się zadomowiły i każdej wiosny wysiadują jaja na wysepkach stawu.
Króliki, ufundowane przez dzieci starosty, zostały wypuszczone na wybieg i
szybko przystosowały się do nowych warunków życia. Nie tolerują już
klatek i kopią sobie nory jak ich dzicy
krewniacy. Zbiór
zwierząt powiększył się bardzo w wyniku wprowadzenia zwierzyny płowej: danieli i saren, dzików i lisów, w końcu
najprawdziwszych wilków - daru sławnego
zoo we Wrocławiu i Królewcu. Zwierzyna łowna została umieszczona osobno, za dużymi kratami ciągnącymi się aż do lasu bukowego. Może się ona tam schronić przed ciekawskim wzrokiem odwiedzających, szczególnie w okresie cielenia się i wychowywać tam w spokoju swoje młode. Najlepiej zaaklimatyzował się daniel, jako prawdziwa zwierzyna parkowa i ogrodowa. Ale również pozostałe zwierzęta łowne się zadomowiły i stały się ufne. Miały przecież wystarczająco dużo żeru i wybiegu na łąkach rozciągających się do farmy zwierząt futerkowych przy wcześniejszej leśniczówce pomocniczej. Wśród danieli szczególną uwagę zwraca mocny łopatacz i biały jeleń. Interesujące jest obserwowanie czemchających jesienią jeleni. Będącym jeszcze w mchu porożem uderzają mocno o krzewy olchowe. Aż strzępy lecą! Aż wieniec zostanie uwolniony z uciążliwej skórki i końce wyraźnie wystają. Urocze są w czerwcu małe źrebięta, które raźno przeskakują stare i całkiem
potulnie podchodzą do ogrodzenia, wybierając dzieciom z rąk pełne garści
smakołyków. Rogacz dobrze wyrósł i
doszedł do rzetelnego szóstaka. Zwierzyna płowa rozmnożyła się równie dobrze.
Niestety wśród potomstwa był jeden jeleń z defektem, o długich dzidach, który
pewnego pięknego wrześniowego dnia zakatrupił antenata - dobrze wyposażonego
dwunastaka. Ku pamięci został on wypchany w pełnej okazałości i przekazany
Gdańskiemu Muzeum Natury w Zielonej Bramie, gdzie jednakże tamtejszym prastarym
porożom o potężnych rozłogach znacznie ustępuje. Dalej w kierunku Oliwy słychać
jesienią odgłosy bekowiska króla lasów i z pewnością niejedno myśliwskie serce
bije wówczas mocniej. Lochy dzika
każdej wiosny miały żółto pręgowane warchlaki, które wykorzystywały otwory w ogrodzeniu
do samodzielnych wycieczek do pobliskiego lasu. Mimo tego, wracały one punktualnie na
czas karmienia. Jednak stary odyniec, któremu ciasnota nie przypadała już
dłużej do gustu, uciekł w porze godowej i więcej go nie widziano. Podobno
został potem ubity na terytorium polskim – granica znajduje się w odległości
zaledwie pięciuset kroków. Szczególną
popularnością cieszyły się wilki, zarówno wśród starszych, jak i młodszych.
Ostatni wilk został podobno odstrzelony w 1825 roku w wolnym obwodzie łowieckim
przy Bankau (Bąkowo. Pow gdański). Również te zwierzęta dziczy leśnej czuły zew
wolności. Wprawdzie ich ogrodzenie jest ochronione drutem a fundament obwodowy
zabetonowany w ziemi na głębokości pięćdziesięciu centymetrów, i tylko ja je
karmię. Raz musiał mnie jednak zastąpić jeden pomocnik, i oczywiście stało się
nieszczęście. Nie zabezpieczył on zamka zatrzaskowego prawidłowo, czy też
przeoczył coś innego. Wracam do domu, aby dokonać jeszcze zwyczajowego obejścia
i ku własnemu przerażeniu doliczam się pięciu, zamiast ośmiu wilków. Natychmiast za
telefon. Alarm! Wilk uciekł! Do wszystkich szkół, placówek służby leśniczej,
Policji Ochronnej Schupo, izby sędziowskiej. Polowanie na wilki! W krótkim
czasie zebrali się myśliwi i planowo przeczesali las. Wtem przychodzi
wiadomość: pewna kobieta w drodze na Goldkrug (Złota Karczma) została
zaatakowana przez jedną z tych bestii i poważnie pogryziona w ramiona, nogi i
niestety w twarz. Z trudem opędzała się od zwierzęcia, aż w końcu przypadkowy
wędrowiec przyszedł jej z pomocą, na co wystraszony wilk dał drapaka. Polowanie
skończyło się tym, że co najmniej dwa wilki zostały ubite, trzeci uciekł do
Polski. Więcej o nim nie słyszano. Na szczęście
właścicielem wilków było Towarzystwo Dzikich Ogrodów a nie ja. Tak więc to ono
poniosło koszty i odpowiedzialność. Ranna wróciła do zdrowia dzięki sztuce ordynatora
oddziału chirurgicznego Szpitala Miejskiego, profesora doktora Klose. Niestety znaki
po wilku będzie musiała nosić do końca życia. Cała ta rzecz emocjonowała mnie,
Oliwę, całe Wolne Miasto a nawet Polskę, która jak zwykle próbowała zrobić z
tego polityczną akcję! Perłą w koronie
Dzikiego Ogrodu było ogrodzenie bizonów. Handlarz cukrem Pikuritz przekazał
byka bizona w prezencie. Dzięki Bogu zobowiązał się również do jego dozgonnego
żywienia. „Jack” wyrósł na byka – wielkoluda. Jego żarłoczność nie znała
granic. Prawie codziennie musiałem jeździć do Wrzeszcza i Gdańska, nie tylko po
to, aby przywieźć żarcie dla wilków z ubojni, ale i rację dla Jacka. Gdy go
wołam, przybiega w galopie do ogrodzenia. Widzą państwo! O, tak jak teraz. Tylko
ja mogę do niego wejść, każdego innego by zabił. I w rzeczy samej, na każdego
obcego stojącego przy płocie spogląda ze złością i rzuca w jego stronę swoim
wielkim łbem. Od czasu do czasu bramę trzeba odnowić i wzmocnić, za co zawsze
jesteśmy wdzięczni zarządowi leśnemu, bez którego wspaniałomyślnej pomocy
utrzymanie nie byłoby możliwe.
Obok
przedstawienia piękna przyrody, wartością dzikiego ogrodu jest przede wszystkim funkcja
wychowawcza. Dzieci szkolne, które całymi gromadami robią wycieczki do Doliny
Radości, poznają życie mało znanych gatunków zwierząt, uczą się je kochać i
chwalić Boga w Jego stworzeniu. Ale muszę
jeszcze – kończy pan Kamin – wspomnieć o sporcie narciarskim. Zimą Dolina
Radości jest nie tylko oazą, ale i rajem. Tutaj za domkiem widzą państwo skocznię
narciarską Ellakamm i domek narciarski, w którym mogą odpocząć zmordowani
biegacze a nawet i przenocować. Gdański Klub Narciarski urządza tutaj Adwent, Boże
Narodzenie, Sylwestra i Nowy Rok. Każdego roku na małą olimpiadę
przybywają również goście z Rzeszy i Polski, aby zgodnie współzawodniczyć
sportowo.
W końcu
muszę wam wspomnieć jeszcze o zmarniałych niestety
stawach z pstrągiem, które
wcześniej, w starych pruskich czasach, były zagospodarowane przez
gdański
zarząd leśny, a których chów był wielce sławny. Teraz istnieje już
tylko
niewielu poskrobków, które jednak co roku gwarantują mi porządny obiad,
który spożywam z kochanymi przyjaciółmi przy lampce dobrego wina.
Dokładnie tak! Przynajmniej mam z tego coś wyłącznie dla siebie, obok
całego tego
publicznego zakładu”.
Po obejściu z panami z Towarzystwa Dzikiego Ogrodu żegnamy się z naszym przewodnikiem - gawędziarzem i jedziemy przez Schlangengrund (Wężowa Dolina), Mackensenweg (obecnie Szlak Grubego Dębu) i Husarenschlich (Huzarskie Manowce) przez Dicke Eiche (Wzgórze Dąbie) w Henriettental (Samborowo) do Friedensschluss (Abrahama). Piękny dzień w oazie dobiega końca. Chętnie wspominamy idylliczną Dolinę Radości, jak również przyjacielskiego gospodarza pana Kamina, którego od dawna już pokrywa wysoka trawa cichego cmentarza oliwskiego. Dr Ernst - Hubert Gallasch Tłumaczenie: Stella Wawrzyniak / Tomasz Strug |
||||||||||||||||||||||
![]() |