Zaloguj się

Użytkownik *
Hasło *
Pamiętaj mnie

Zarejestruj się

Pola oznaczone (*) są wymagane.
Nazwa użytkownika *
Użytkownik *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Captcha *
Reload Captcha
Administrator

Administrator

Dzięki uprzejmości jednej z oliwskich rodzin, możemy cofnąć się w czasie do czasów gdy Oliwa była jeszcze niezależnym miastem. Wszystko dzięki zachowanemu z tamtych czasów albumowi. O znalezisku i Oliwie z tamtych lat pisze Gazeta Wyborcza.

40 2listopad1923

Był taki czas, kiedy Oliwa była miastem. To właśnie wtedy Pan Otto Grimmer, fotograf amator, tworzył unikatowy album zdjęć, który właśnie wypłynął na światło dzienne.

Otto Grimmer lubił fotografować. Zaledwie przez dwa lata ? od 1922 do 1925 roku, zapełnił rodzinny album kompletem dwustu zdjęć. Wygląda na to, że poświęcał swojej pasji cały wolny czas. A miał go niewiele, bo zawodowo pochłaniało go prowadzenie sklepu z bielizną damską w centrum Gdańska. Otto Grimmer był postawnym mężczyzną w średnim wieku i okularach. Wiemy to, bo w albumie znajduje się jego autoportret z aparatem.

Nasz bohater mieszkał przy Kronprinzenallee 1, czyli dzisiejszej Wita Stwosza, w okazałej willi, którą otrzymał w prezencie od rodziców. Tuż przed wojną Otto opuścił Gdańsk i wyjechał do Szwajcarii. Co ciekawe, dom nie został sprzedany, lecz opiekowała się nim do 1945 roku ciotka jednej z pokojówek. W spisie mieszkańców z 1942 roku Otto nadal widnieje jako właściciel.

Co sprawiło, że oliwska rodzina kupców bieliźnianych musiała opuścić Wolne Miasto Gdańsk? Może niewygodne wówczas dla władzy poglądy polityczne? Może pochodzenie?

- Otto Grimmer mógł być Żydem. W latach trzydziestych miasto opuściło miasto prawie  trzydzieści tysięcy mieszkańców wyznania Mojżeszowego.  To był wówczas główny nurt emigracji ? mówi badacz dziejów gdańskich żydów Mieczysław Abramowicz. ? Żeby mieć pewność trzeba by jednak zaglądnąć do spisu gdańskiej gminy żydowskiej.

Według Tomasza Struga, gospodarza portalu StaraOliwa.pl, nawet jeżeli Grimmer nie należał do gminy, na co wskazuje wiele zdjęć z okolic kościoła ewangelickiego, to jego rodzina mogła mieć żydowskie korzenie. To zaś wystarczyło, aby niepokoić się o swoją przyszłość. To że nie przynależał do gminy mogło zaś pomóc mu uratować majątek. Gdyby był żydem, to prawdopodobnie straciłby majątek jak rodzina Prinz, której kamienica stała przy dzisiejszej ul. Stary Rynek Oliwski 21 ? tam gdzie do lat 90. XX wieku funkcjonowała kawiarnia Kon ? Tiki.

W pierwszej połowie lat dwudziestych nikt z Grimmerów nie myślał jednak jeszcze o wyjeździe. Głowa rodziny szalała z aparatem po domu ? dzięki czemu w albumie znalazła się spora kolekcja wnętrz mieszczańskich z tamtego okresu, na wakacjach i ? co najcenniejsze, po miasteczku.

Oliwa była bowiem wówczas zupełnie inna niż dzisiaj. Na zdjęciach oglądamy niezabudowane parcele, domy, które nie istnieją od ponad pół wieku, czy ratusz. Bo druga połowa lat dwudziestych to okres, kiedy dzisiejsza dzielnica gdańska była samodzielnym miastem. Posiadającym własne szkoły, skomunikowanym z Gdańskiem pociągami i tramwajem i posiadającym dzielnice - Jelitkowo (Glettkau), Żabiankę (Poggenkrug) oraz Konradshammer, czyli dzisiejsze Przymorze. Oliwa posiadała kanalizację, własny dom zdrojowy w Jelitkowie, gazownię a nawet wybudowany w 1910 roku ratusz, który obsługiwał ponad 14 tysięcy mieszkańców.

W czasie kiedy Otto robił swoje zdjęcia, burmistrzem Oliwy był Herbert Creutzburg. Oliwska gmina przejęła właśnie na własność pałac opatów i przypałacowy park, z którym nie wiedziano co zrobić. Creutzburg nie był dobrym gospodarzem. Za jego kadencji stanęły inwestycje a kasa miasteczka świeciła pustkami.

- Herbert Creutzberg oraz niejaki Raube za pieniądze z gminnej kasy i z oszczędności mieszkańców oliwy, zgromadzonych w tutejszej Sparkasse, prowadzili ryzykowne transakcje handlowe, przez które zdefraudowali ? astronomiczną w tamtych czasach sumę czterystu tysięcy guldenów. To właśnie przez to Oliwa stała się w 1926 roku częścią Gdańska, który wykupił jej długi ? opowiada Tomasz Strug. ? Paradoksalnie to, że album Grimmera pokrywa się czasowo z rządami Creutzburga, ma dodatkową wartość. Są to bowiem ostatnie zdjęcia Oliwy, która jeszcze była miastem.

Bartosz Gondek
31X2008

 

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
 

oprowadza
Mieczysław Abramowicz

Z okazji 80 urodzin Güntera Grassa w 2007 roku zrealizowany został bardzo ciekawy projekt medialny. 
Oto fragment artykułu "Urodziny Grassa w Gdańsku" z Gazety Wyborczej.

Wyjątkowy prezent przygotowało dla jubilata Radio Gdańsk. Czteroodcinkowe słuchowisko śladami Güntera Grassa po Gdańsku to pomysł gdańskiego pisarza i historyka Mieczysława Abramowicza. Znalazły się w nim najważniejsze miejsca związane z życiem autora "Blaszanego bębenka" oraz bohaterów jego powieści. - Tak jak w utworach Grassa, i w naszym słuchowisku fikcja miesza się z jego życiem - opowiada Abramowicz. - Zaczynamy od pieszej wycieczki po Wrzeszczu, gdzie odwiedzimy kamienicę z czasów dzieciństwa pisarza, następnie przejedziemy się rikszą po Śródmieściu, nawiązując do fabuły "Wróżb kumaka". Ostatnia część to przejażdżka tramwajem do Brzeźna. Kolejne odcinki słuchowiska są skonstruowane w ten sposób, aby po nagraniu na przenośny odtwarzacz, ze słuchawkami w uszach odbyć rzeczywisty spacer, tak jakby się szło z przewodnikiem. 
Są one również dopełnieniem najnowszej książki Abramowicza "Gdańsk według Güntera Grassa", która niebawem trafi do księgarń. Opowieści Abramowicza będą przeplatane fragmentami prozy czytanymi przez: Halinę Winiarską, Krzysztofa Gordona (aktorów Teatru Wybrzeże) i Andrzeja Piszczatowskiego oraz dopełnione muzyką przygotowaną przez Małgorzatę Mazurkiewicz. Audycjom, które zostaną wyemitowane 2, 3 i 4 października, towarzyszyć będą specjalne dodatki spacerowe śladami noblisty po Gdańsku, wydane przez "Gazetę Wyborczą Trójmiasto".

Na szczęście ulotność audycji radiowych ratuje w dzisiejszych czasach internet i pozwala zachować takie perły.
Oto znaleziony w internecie odcinek dotyczący Oliwy. Miłego spaceru!

 
Grass_Oliwa
Okładka gazetowego wydania spaceru

 

 

O budynku stało się głośno 12 kwietnia 2008 po atrykule ?Niemiecki właściciel chce zwrotu gdańskiej kamienicy? w Dzienniku Bałtyckim a następnie po licznych materiałach prasowych, radiowych i telewizyjnych.

Cała Polska śledziła proces sądowy o zwrot budynku spadkobiercom Augusta Lindhoffa.

Jak pisał Dziennik Bałtycki: W 1946 r. Sąd Grodzki w Gdańsku postanowił przywrócić Augustowi Lindhoffowi posiadanie nieruchomości, przy ul. Polanki 58, odebranej mu zaraz po wojnie. August Lindhoff zmarł w Gdańsku Oliwie 30 grudnia 1963 roku. Nieruchomość po nim odziedziczyli spadkobiercy mieszkający w Niemczech. W roku 1977 okazało się jednak, że administrator (szwagier A. Lindhoffa) nie jest w stanie utrzymać budynku. Decyzją prezydenta miasta Gdańska nieruchomość została przejęta w zarząd państwowy z uwagi na fakt porzucenia przez administratora prywatnego i braku innych osób sprawujących zarząd.
Wszystko ucichło do chwili, kiedy mieszkańcy kamienicy dostali tajemnicze pismo z żądaniem uregulowania czynszu. Pod pismem podpisany był pełnomocnik rodziny Lindhoff, byłego właściciela posesji. Miało to miejsce dopiero w 2002 roku
.

Okazało się, że zmarły 45 lat temu August Lindhoff nadal widnieje w księdze wieczystej i to stało się przyczyną pozwu o wydanie spadkobiercom nieruchomości przez dotychczasowego zarządcę czyli Gminę Gdańsk

Jako, że nawet mieszkający tam obecnie od kilkudziesięciu lat lokatorzy nie znają historii swojego domu, kilka słów na ten temat.

Według badacza oliwskich i gdańskich dziejów Franciszka Mamuszki, w miejscu tym mógł istnieć wcześniej Dwór VIII.
Zespół dworski, jak wszystkie inne dwory wzdłuż ulicy Polanki powstał w pierwszej połowie XVII wieku. 
Dwór VIII uległ likwidacji prawdopodobnie na początku wieku XIX.
Czas powstania obecnej budowli datuje się na połowę XIX wieku.
W pierwszej połowie XX wieku kamienica przeszła renowację prowadzoną przez działającą między 1921 a 1933 rokiem w Gdańsku firmę budowlaną "Rudolf Hoffmann jun.". Dobudowano wówczas szklaną wernandę.


"Białe Jagnię" od strony ogrodu.
fot. danzig-online.pl / FDG

Do 1945 roku w kamienicy mieściła się słynna gospoda ?Weißes Lamm? - "Białe Jagnię?
Dr Mieczysław Orłowicz wymieniał w swoim "Przewodniku po Gdańsku, Oliwie i Sopotach" z 1921 roku ?Weißes Lamm? jako jeden z głownych hoteli i miejsc noclegowych w Oliwie.

Wcześniej, około 1910 roku Bernhard Voss wymienia gospodę Lipkowskiego w przewodniku "Ostseebad und Luftkurort Oliva-Glettkau in Westprussen."

Pisał o tym miejscu również noblista Günter Grass w książce ?Psie lata? należącej do jego słynnej, gdańskiej trylogii.

Kuzyn i Kuzynka chcieli, ponieważ powietrze było tak grudniowo przejrzyste, wybrać się do Lasu Oliwskiego i jeśli nie będzie do dla Tulli zbyt uciążliwe, dojść do Szwedzkiej Grobli. (?) Umówili się, że wysiądą przy Białym Jagnięciu. Zaraz za przystankiem Pokojowa (Fredensschluss ? nazwa nadana na cześć pokoju oliwskiego - dzisiejsza ul Abrahama, przyp. autora) Tulla wstała i za plecami Harry?ego przepchała się między zimowymi paltami na tylny pomost. Wagon przyczepny nie dotarł jeszcze do wysepki przystanku Białe Jagnię ? tak nazywał się popularny lokal wycieczkowy w pobliżu ? gdy Tulla stanęła już na najniższym stopniu i zmrużyła oczy pod wiatr. (?) Poszli polną drogą, która koło gospody Białe Jagnię odchodziła pod kątem prostym od prościusieńkiej linii tramwajowej i prowadziła ku ciemnym, przycupniętym na wzgórzach lasom. Słońce świeciło ze staropanieńską ostrożnością. Odbywające się gdzieś pod Zaspą strzelenia ćwiczebne cętkowało popołudnie suchymi nieregularnymi kropkami. Lokal wycieczkowy Białe Jagnię był zamknięty pozasłaniany zabity gwoździami. Mówiono, że za przestępstwa gospodarcze ? pokątny handel konserwami rybnymi ? właściciela wsadzili do więzienia.

Przed II wojną światową właścicielem ?Białego Jagnięcia? był August Lipkowski ? kupiec, co potwierdza księga adresowa z 1937 roku. W Budynku była gospoda i artykuły kolonialne.


Danzig Einwohnerbuch 1937-1938

W tej samej księdze z 1942 roku widzimy już nazwisko Lindhoff, jednak jest to nadal ta sama osoba.


Danzig Einwohnerbuch 1942

Być może w wyniku nacisków lub z własnej woli August Lipkowski zmienił swoje polskobrzmiące nazwisko na niemieckie.

Jak już wiemy z prasy, w 1946 roku przywrócono Augustowi Lindhoffowi posiadanie nieruchomości przy ul. Polanki 58, odebranej mu zaraz po wojnie. August Linhoff zmarł w Gdańsku Oliwie 30 grudnia 1963 roku jako obywatel PRL.

Polanki_58_komparystyka

Porównanie stanu przedwojennego i z początku 2006 roku

O jego posiadłości pisze również przy okazji wydawnictwa ?Spacer z Grassem? Gazety Wyborczej, Mieczysław Abramowicz:

Z przystanku tramwajowego Uniwersytet pojedziemy (rowerami) ul. Macierzy Szkolnej w kierunku ul. Polanki; przed skrzyżowaniem proszę się zatrzymać.
Po prawej stronie minęliśmy zniszczone ogrodzenie, a za nim chaszcze i wieloletnie krzaki, widok niezbyt miły. Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze do roku 1945 był tu dobrze zadbany ogród z utrzymanymi ze smakiem klombami i trawnikami, a pośród nich drewniane tarasy z wystawionymi stolikami. Tu bowiem mieściła się podleśna gospoda Weissem Lamm ? Białe Jagnię, odwiedzana przez wszystkich, którzy wybierali się na spacer do Lasów Oliwskich lub z nich wracali.
Dziś z zabudowy dawnej gospody pozostał jeszcze tylko ten jeden dom, który widzimy.

Na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku mieścił się tu niewielki sklepik, do którego wasz dzisiejszy przewodnik wysyłany był przez mamę po mąkę i cukier.

 


Polanki_58_ogrod

"Białe Jagnię" od ogrodu. Kwiecień 2008

Porównując zdjęcia z czasów świetności gospody i wyglądu dzisiejszego budynku mieszkalnego (sic!) oraz ogrodu można wyrazić żal, że obecny stan nie świadczy dobrze o gospodarzach tego miejsca na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.

Tekst i zdjęcia współczesne:

Tomasz Strug
(IV 2008)

PS 30 XII 2009

Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał wyrok sądu niższej instancji nakazujący zwrot niemieckim spadkobiercom gdańskiej kamienicy, w której mieszka pięć rodzin. Zdecydował także, że przed przejęciem kamienicy spadkobiercy powinni oddać miastu Gdańsk nieco ponad 82 tysiące zł jako rekompensatę za wydatki poniesione na utrzymanie nieruchomości.

Sporny budynek i parcela decyzją gdańskiego sądu grodzkiego w 1946 roku przywrócone zostały Augustowi Lindhoffowi, który nieruchomość tę stracił tuż po wojnie. August Lindhoff zmarł w Gdańsku w 1963 r. Budynek po nim odziedziczyli spadkobiercy mieszkający w Niemczech. W 1977 roku okazało się, że administrujący kamienicą szwagier Lindhoffa nie jest w stanie jej utrzymać. Decyzją ówczesnego prezydenta Gdańska nieruchomość została przejęta w zarząd państwowy. Kilka lat temu pięciu krewnych Lindhoffa rozpoczęło starania o odzyskanie mienia. Zakończyły się one w 2007 r. postanowieniem Sądu Okręgowego w Gdańsku, który nakazał wydanie Niemcom nieruchomości, ale miasto się odwołało od tej decyzji.

 

Materiał z 2008 roku

 

Schwabenthal - Dolina Schwabego

"Był sobie kiedyś dwór w oliwskiej dolinie"  artykuł z czaspoisma 30dni nr 11(25) listopad 2000
Autor: Tadeusz T. Głuszko

Miejsce spotkania wyrzynającej się z oliwskich wzgórz Doliny Radości z wylotem Doliny Zgniłych Mostów nosiło do końca wojny nazwę Schwabenthal - Dolina Schwabego. Identycznie nazywano stojący w dolinie dwór. Po polsku mówiło się Dwór Schwabego. Wojna obeszła się z tym miejscem łaskawie. Za ludowej władzy posiadłość przy ulicy Bytowskiej 4 uległa daleko posuniętej dewastacji. W latach 70. przymierzano się nawet do postawienia tam wielkiej chlewni. Po malowniczej stodole, spichlerzu i innych budynkach gospodarczych w połowie lat 80. nie pozostał ślad. Nie remontowane zawaliły się i zarosły chwastami. Zanim to jednak nastąpiło, dawny majątek Schwabenthal pozostawał jednym z nielicznych na obszarze Gdańska zespołów dworskich o charakterze podmiejskiej posiadłości nie zeszpeconych powojennymi przebudowami.

boxl08_560_1899_1900

Dwór na przełomie XIX i XX wieku - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego

W miejscu gdzie łączą się wody Potoku Oliwskiego i Prochowego już w XVI wieku istniał dwór z ogrodem, sadem i młynem. Dwór i ziemia należały do klasztoru oliwskich cystersów, młyn ze stawem do niejakiego Kacpra Jenischa. W1601 roku gdańszczanin Jakub Schwabe odkupił od Jenischa młyn oraz staw, a dziesięć lat później dokupił dwór z domkiem ogrodnika, ogrodem oraz ziemią uprawną. Nowy właściciel nie długo cieszył się podoliwską posiadłością. Popełnił samobójstwo w 1615 roku, kiedy wyszły na jaw ogromne malwersacje, jakich się dopuścił jako urzędnik miejski. Sprawa stała się głośna. Od nazwiska malwersanta na długo przyjęła się nazwa dworu oraz otaczającej go doliny. Posiadłość często zmieniała właścicieli. Do roku 1945 naliczyć ich można około dwudziestu. W latach 1801-1821 w Schwabenthal władał Jan Jerzy Junker. Należało do niego pięć włók i pięć morgów ziemi, ponadto dom mieszkalny, ogród, stodoła, spichlerz, stajnia oraz kuźnia miedzi z budynkiem mieszkalnym dla zatrudnionych w niej robotników. W1898 roku kolejnym właścicielem stał się drogą kupna Hugo Mrozek. Z kwerendy i analizy materiałów źródłowych wynika, że chociaż familia Mrozek opuściła na zawsze Schwabenthal w marcu 1945 roku, aż do 1959 roku posiadłość oficjalnie należała do nich. Stamtąd dowiadujemy się również nazwiska późniejszego właściciela. Zachowany do naszych czasów w stanie ruiny barokowy budynek dworu powstał najprawdopodobniej w połowie XVII wieku. Tworzy prostą i zwartą bryłę założoną na planie prostokąta, dwu-kondygnacyjną, nakrytą mansardowym da­chem.


Pozdrowienia ze "szwajcarskiej" doliny Schwabego - pocztówka ze zbiorów Piotra Leżyńskiego
 

Jedyną ozdobą elewacji były niewyszukane w formie okiennice i drzwi wejściowe oraz drewniane profilowane gzymsy oplatające budynek poniżej dachu. We wnętrzu zachował się belkowany strop oraz mocno zniszczona sień z rokokową klatką schodową. W pomieszczeniach pierwszego piętra zabezpieczono stiuki ozdobione malowidłami. Najstarsza część budynku to głęboka XVI-wieczna piwnica z krzyżowym sklepieniem. Cennym uzupełnieniem zespołu były budynki gospodarcze posadowione na masywnych podmurówkach kamiennych, pokryte stromymi dwuspadowymi dachami opadającymi nisko prawie do ziemi. Park w stylu angielskim po strome północno-zachodniej założono w połowie XIX wieku prawdopodobnie na miejscu barokowego ogrodu.


Wjazd do dworu

Dwór jeszcze u schyłku lat sześćdziesiątych urzekał położeniem w cichej dolinie, proporcjami bryły oraz wspomnianymi budynkami krytymi holenderką i gontem. Posiadłość mogła wszelako przygnębiać rzucającym się w oczy nieładem oraz daleko posuniętymi zniszczeniami, w tamtych latach był to jednak widok normalny. Chętnych do wejścia na majdan i zwiedzenia wnętrz dworu przepędzano jak intruzów. Również nie wolno było rozstawiać sztalug na dworskiej łące, bo stanowiła własność prywatną ciętej na artystów właści­cielki. Dopiero w latach osiemdziesiątych wszedłem tam nie zatrzymywany. W dworze nikt już nie mieszkał. W tamtym czasie Pracownie Konserwacji Zabytków próbowały uczynić z Schwabenthal tzw. dom pracy twórczej. Rozpoczętą adaptację jednak zarzucono, pozostawiając niezabezpieczoną budowę przyrodzie, włóczęgom i narkomanom. Minęło parę lat. W tym roku nieoczekiwanie poznałem więcej niż siedemdziesięcioletnią panią Mariannę mieszkającą blisko Dworu Schwabego. Dzięki jej opowieści to miejsce staje się bardziej zrozumiałe i bliższe. W 1941 roku moja rozmówczyni została wywieziona ze Świecia na przymusowe roboty właśnie tu, do Schwabenthal.

Jak to na pograniczach bywało, ludzie tutejsi reprezentowali typy o rodowodach często bardzo przemieszanych. Tacy trochę Niemcy, trochę Polacy. Chcemy zatem czy nie, ich historia jest w dużej części i naszym dziedzictwem.


Kuźnia przy dworze

Przez długie lata właścicielom Schwabenthal dawały dochód plony pól oraz zyski z kuźni stojącej na miejscu dawnego młyna, przycupniętej do grobli spiętrzającej wodę w dworskim stawie. Po pożarze, jaki krótko po 1900 roku strawił kuźnicę, Hugo Mrozek urządził w dworze restaurację. Wśród gdańszczan rodziła się w tamtym czasie moda na spacery podmiejskimi lasami i odpoczynek w leśnych restauracjach. Mrozek trafił zatem w dziesiątkę. Wkrótce wystarczyło w Gdańsku powiedzieć: Schwabenthal bei Oliva i prawie każdy wiedział, o jaką dolinę, o jaki dwór i o jaką gospodę chodzi. Ukazało się nawet kilka pocztówek zachwalających to idylliczne miejsce na ziemi.

Dla gości przeznaczono cały parter, powiększony w latach dwudziestych o dwie werandy dobudowane do ścian szczytowych dworu, wykorzystywane w ciepłych miesiącach. Elsa Mrozek przejęła Schwabenthal po śmierci męża w 1913 roku. W latach II wojny światowej była około siedemdziesięcioletnią energiczną i dumną damą. Z niezamężną córką Edith zajmowała piętro dworu. Niemieckie służące, z traktowaną jak Niemka młodą Kaszubką Anną, mieszkały w pokoikach na poddaszu.

 

dwor

Po wybuchu wojnyw Schwabenthal jak i w innych majątkach i większych gospodarstwach pojawili się robotnicy przymusowi. U Elsy zamieszkali w dawnym budynku pracowników kuźni, stojącym za dworskim stawem. Marianna z innymi Polkami zajmowała jeden koniec baraku, w drugim mieszkali dwaj chłopcy wywiezieni z Wilna oraz Kaszub Kolasa, mężczyzna dorosły, posiadający własną rodzinę. Kolasa znał niemiecki i najczęściej to on tłumaczył polecenia pani Mrozek i jej zarządcy Boćka. Przy Kolasie nie można było za dużo mówić. Za bardzo nadskakiwał Niemcom. W Schwabenthal zapewniono Polakom harówę od rana do wieczora. Najczęściej pracowali w polu. A grunty Frau Mrozek to prawie cala dzisiejsza Dolina Zgniłych Mostów z terenami zajętymi przez ogródki działkowe. Zimą dziewczyny darły pierze w jako tako ogrzanej ?buchcie? na poddaszu obok klitki zajmowanej przez pokojówkę Lisbethę, albo zarządca Bock odsyłał je do szopy blisko stajni, gdzie piłowały drewno. Bock to był służbista. Nawet na chwilę nie pozwalał się rozprostować. A pracowały przecież za nic. Za samo jedzenie. Do domów na święta musiały jeździć za własne pieniądze. Nawet roboczego ubrania nikt im tu nie dał.

W niedziele dziedziczka zatrudniała dziewczyny w kuchni na piętrze, gdzie pomywały naczynia po gościach odwiedzających gospodę. Nienawidziły tej pracy. Jeszcze przed wojną była to normalna gospoda z ciepłymi posiłkami i wyszynkiem. W latach wojny była to tylko cukiernia. Gościom serwowano słynne na cały Gdańsk wyroby tutejszej kuchni: wafle, ciasta i torty podawane z kawą albo herbatą. Obsługiwała ich najęta przez Elsę Niemka Traute, ona też sprzątała pomieszczenia restauracyjne. W ciepłe dni, kiedy nawet na we­randach brakowało miejsca, dostawiała stoły na zewnątrz. Goście chętnie obsiadali duży kamienny stół stojący od strony parku. Cukiernię Elsy Mrozek odwiedzały w latach wojny najczęściej same kobiety, ?stare kaffetanten?, jak je nazywała Marianna. Mężczyźni zajęci byli bowiem walką o Wielkie Niemcy. Musiało przychodzić tych dam nie mało, skoro dziewczyny nie raz pomywały do późnego wieczora. Ile razy prosiły o deszcz, żeby jak najmniej ?przeklętych bab? nawiedzało ich Schwaben-thal! Kuchnia na piętrze to królestwo kucharki Anny. Tylko ona przyznawała się w dworze do znajomości polskiego i czasem tłumaczyła polecenia zarządcy Boćka oraz Frau Mrozek. Anna gotowała także dla Polaków. Jedzenie było nawet niezłe. Marianna mimo to dokarmiała się żywnością przysyłaną z domu. Paczki dochodziły do Schwabenthal nie za często i nie wszyscy Polacy je dostawali. Byli młodzi i mieli apetyty. Skoro zatem udało im się podpatrzyć, że jakaś kura znosi jajka w mrocznym zakątku spichrza, podkradali je i dzielili między siebie. Zrozumiałe, że robotnicy nie jadali z "państwem". Frau Mrozek wyznaczyła im osobną stołówkę w pomieszczeniu obok stajni. Śpieszyli się z jedzeniem, bo muchy nie próżnowały. Dumna Elsa była szczupłą damą średniego wzrostu. Nie pospolitowała się bezpośrednimi kontaktami z Polakami. Jakkolwiek wymagała bezwzględnego posłuszeństwa, nie była najgorszą "Niemrą". Nigdy nie straszyła odesłaniem na gestapo, nie wyzywała, nie wymierzała upokarzających kar. Kiedy jednak Mariannie zaczęły psuć się zęby, nie puściła jej do dentysty.

Nadszedł marzec 1945 roku. Gdzieś blisko Doliny Schwabego działy się okropności, których sensu chyba nikt w dworze nie rozumiał. W normalnych warunkach Elsa i Edith świętowałyby za kilka dni niemieckie Ostern. Również Marianna i inni Polacy w normalnych warunkach może wyjechaliby, jak co roku, na kilka dni do domów nacieszyć się polską Wielkanocą, spotkać najbliższych i trochę wypocząć. Mieszkający blisko młody Herr Mrozek w tym świątecznym czasie na pewno odwiedziłby z żoną i synami matkę i siostrę. Wszystko wskazywało, że stanie się tak mimo coraz wyraźniejszych odgłosów frontowej kanonady przynaglającej wielu oliwian do pośpiesznej ewakuacji na zachód. Mimo nadciągającej w zawrotnym tempie nawały bolszewickiej, w Dworze Schwabego dni upływały w dawno ustalonym rytmie. Anna, jak co roku, zajęta była szykowaniem świątecznych przysmaków na stoły właścicielek dworu i ich gości. Lisbetha myła okna i szorowała podłogi. Traute każdego dnia szykowała salę restauracyjną na przyjęcie stałych bywalczyń.

 

dwor1

24 marca wieczorem wydawało się jednak pewne, że coś się kończy, że najdalej następnego dnia rosyjscy żołnierze przetoczą ciężki walec historii przez ciche i spokojne Schwabenthal. Błyski i grzmoty wystrzałów dochodziły już zza okolicznych wzgórz. Nocy jak tamta nigdy tutaj nie było. Płonące cygara katiusz przelatywały gwiżdżąc nad doliną. Wystarczyłoby jedno, by zmieść z powierzchni ziemi barak stojący nad pomłyńskim stawem. Około czwartej nad ranem Marianna zdecydowała się przekroczyć zakaz samowolnego wchodzenia do dworu. Kryjąc głowę w ramionach przebiegła z innymi Polakami groblę dzielącą od dworskiego majdanu. Drzwi dworu były otwarte. Zbiegli co tchu do piwnicy przygotowani na wymówki. Ujrzeli tam tylko przestraszoną Annę. Dowiedzieli się, że Elsa i Edith zabrały z niemieckimi służącymi najniezbędniejsze rzeczy i nocą opuściły Schwabenthal. Po chwili usłyszeli ruch na majdanie. Oczekiwali najgorszego. Mogła to być niemiecka odsiecz albo Rosjanie. Do piwnicy zaraz wbiegli niewysocy, niechlujnie ubrani mężczyźni. Byli bardzo młodzi. Rozglądali się nerwowo. Lufy pepesz połyskiwały gotowe do strzału. "Paliaki? Giermańcy?!" - krzyknęli. Wypadki pobiegły wartko po sobie. Rosjanie zaraz zagonili jednego z chłopców do obrywania instalacji elektrycznej ze ścian. Inny musiał próbować znalezione produkty żywnościowe, czy nie były zatrute. Annę zawlekli w kąt i gwałcili. Po niedługim czasie przyszedł jakiś starszyna i kazał się wszystkim wynosić, by dać miejsce dla rannych. Dziewczyny i Kolasę pognano za las do jakiegoś gospo­darstwa, gdzie było już więcej Polaków. Chłopców z Wilna nie poprowadzono z nimi. Niewykluczone, że postawili się Rosjanom i zostali zabici. Przez dwa dni nie można było się nigdzie ruszyć. Trzeciego rano okazało się, że nie ma rosyjskich wartowników. Pewnie pobiegli za frontem, który potoczył się dalej na zachód.

Dla Marianny wojna się skończyła. Wróciła do domu. W rodzinnym Świeciu wytrzymała raptem rok. Na Zielone Świątki 1946 roku była już z powrotem w podgdańskiej dolinie Schwabenthal, gdzie w latach 1941-1945 ?zmarnowała najlepsze lata młodości?. Zbyt "szwabska" Dolina Schwabego utraciła swoją historyczną nazwę. Została pochłonięta przez Dolinę Radości, nazywającą się bardziej swojsko. Ta nazwa bardzo pasowała Mariannie. Do radości miała bowiem dużo powodów. Nie było wojny. Wyszła za mąż. Męża poznała właśnie tu, na "robotach". Dlaczego tutaj wrócili? Mąż zadecydował. Zajęli nieduże mieszkanko obok czynnej do dzisiaj kuźni wodnej, poniżej posiadłości pań Mrozek. W tej kuźni mąż Marianny dostał pracę. Wyrabiał jakieś narzędzia rolnicze. Tymczasem po opuszczonym Dworze Schwabego została sama nazwa. Przestał być majątkiem w dawnym stylu. Stał się niszczejącym ?poniemieckim? gospodarstwem z nowym gospodarzem nie bardzo rozumiejącym, gdzie mieszka i gospodaruje. Nowy właściciel wynajął część pomieszczeń różnym ludziom zagnanym przez historię z całej Polski. Duże pokoje zaczęto dzielić na mniejsze. Ściany dworu zaczął zżerać nie znany "za Niemca" grzyb. Niedostatecznie doglądane zabudowania popadały w ruinę. W jednej z werand na kilka lat urządzono farbiarnię. Potem suszono w niej zioła. W drugiej trzymano jakieś narzędzia i inne rupiecie. Z niekonserwowanej stolarki osypywały się płaty poniemieckiej farby. Wszystko traciło dawny blask.

Pod koniec lat sześćdziesiątych niespodziewanie odwiedziła dom przy Bytowskiej córka Elsy, Edith, z bratankiem i kilkoma innymi Niemcami. Okazało się wtedy, że nieźle sobie radzi po polsku. Niewykluczone, że znała ten język również jej matka. Nastąpiło spotkanie dawnej właścicielki z nową panią. Nowa pani właśnie wychodziła przed oborę z wiadrami świeżo wydojonego mleka. Ostatnia wojna zabrała tej kobiecie kilka bliskich osób. Po jakimś powitaniu i prezentacji z ust nowej właścicielki wylał się głośny potok słów. Niewiasta w kilku rozbudowanych zdaniach dotknęła wielu wątków. Edith usłyszała i to, kto teraz rządzi na nie jej ziemi i w nie jej domu i że tą władzą ani myśli się z Niemką dzielić. Wizyta była krótka jak u dobrego lekarza. Edith zrozumiała, że nigdy do Schwabenthal nie wróci.

Nigdy. Bo Schwabenthal już nie ma. Kilka lat później odeszła i powojenna pani. Nie dostała zezwolenia na postawienie wielkiego chlewu, to i nie miała co tutaj robić. Gdzie nie spojrzeć, wszystko się waliło. Przeniosła się do bloków.

Podziękowania dla redakcji za udostępnienie artykułu.

Jak dziś wygląda to miejsce możesz zobaczyć tutaj
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor: Piotr Leżyński

o_firmie_historia2
dr August Oetker

Początek firmy datuje się na 1881 rok. Wkrótce jej właściciel, niemiecki aptekarz dr August Oetker pochodzący z Bielefeld wraz z żoną Karoliną wynalazł proszek do pieczenia nazwany "Backin", który cieszył się dużym powodzeniem wśród tamtejszych gospodyń domowych. Na początku lat 20 najprawdopodobniej ze względów gospodarczych, jakie panowały wówczas w Wolnym Mieście Gdańsku i dużym rozwijającym się rynkiem Polskim utworzył on w Oliwie w 1922 roku jedną z wielu filii zakładu, które od 1908 roku powstawały w całej europie ( m.in. Austrii, Holandii, Belgii, Luksemburgu, Danii, Norwegii, Włoszech, Francji i Szwajcarii ).

Artykuł "Tajemnica ulicy Spacerowej" ukazał się  15 marca 2009. Publikujemy dzięki uprzejmości portalu trojmiasto.pl.

Nazwy ulic Oliwy (w ówczesnych granicach dzielnicy) obowiązujce do 1945 roku.



drzymalyEmaliowana tablica z ul. Drzymały

Abrahama Friedensschluss
Arkońska Stralsunder Straße
Asnyka Albertstraße
Bażyńskiego Hebbelstraße
Beniowskiego Blücherstraße
Bitwy Oliwskiej Lerchenfeld
Bora Komorowskiego Sasper Weg / Colbatzer Straße (od 1937)
Bytowska Schwabental
Ceynowy Elisenstraße
Chłopska Konradshammer
Cystersów Klosterstraße
Czerwony Dwór Rothöferweg
Czyżewskiego Ludolfiner Weg
Derdowskiego Jagowstraße
Dickmana Oetkerstraße
Droszyńskiego Zimmerstraße
Drożyny Herman-Loens-Weg
Drzymały Bülowstraße
Dworcowy Pl. Bahnhofsvorplatz
Flisacka Gartenstraße
Głogowska Arno-Holz-Weg
Grottgera Lessingstraße
Grunwaldzka Zoppoter Chaussee (w kierunku Sopotu)
Danziger Chaussee  (w kierunku Gdańska)
od 2 IX 1933 całość - Adolf-Hitler-Straße
Husa Hardenbergstraße
Kaprów Gneisenaustraße
Karwieńska Strauchmühler Weg
Kasprowicza Schillerstraße
Kołobrzeska Lübeckstraße
Kościerska Schäfereiweg
Kręckiego Schönstraße
Krzywoustego Fürstliche Aussicht
Kuźnia Wodna Wasserschmiede
Kwietna Rosengasse / Olivaer Rosengarten (od 1937)
Leśna Waldstraße
Lęborska Bremer Straße
Liczmańskiego Jahnstraße
Majkowskiego Dultzstraße
Miraua Scharnhorststraße
Mściwoja II Güntershofer-Promenade
Noakowskiego Heimstätte (razem z dzisiejszą ul. Zacisze)
Obrońców Westerplatte Georgstraße
Ogrodowa Alfredstraße
Opacka Saltzmannstraße
Opata Rybińskiego Am Schlossgarten
Orkana Winterbergstraße
Pelplińska Fliederstraße
Poczty Gdańskiej Bahnstraße
Podhalańska Bergstraße, następnie zmieniona na Am Wächterberg
Polanki Pelonkerweg
Pomorska Seestraße
Poznańska Lützowstraße
Sambora Körnerstraße
Słoneczna Ottostraße
Słowiańska Humboldstraße
Słupska Greifswalder Straße
Solikowskiego Hamburger Straße
Spacerowa Kölner Chaussee - południowo - wschodni odcinek
Renneberg - pozostała częśc ulicy
Stary Rynek Oliwski Am Markt
Subisława Bachstraße
Szczecińska Stettinerstraße
Śląska Konradstraße
Świętopełka Yorkstraße
Tatrzańska Am Karlsberg
Tetmajera Goethestraße
Wąsowicza Steinstraße
Wiatraczna Mühlenhof
Wiatraczna Mühlenhofer Weg
Wiejska Am Kleinkrug
Witkiewicza Paulastraße
Wita Stwosza Kronprinzallee
Zacisze Heimstätte (razem z dzisiejszą ul. Noakowskiego)
Zajęcza Am Hasenwinkel
Zgody I Daheimweg
Żeromskiego Försterstraße
n.e. Arndtstraße
n.e. Fichtestraße
n.e. Frishwasser


Zobacz zdjęcia dawnych ulic Oliwy

Mapa dzisiejszej Oliwy



Wyświetl większą mapę

 

Urodził się w Oliwie. Wielu twierdzi, że dzięki niemu odzyskało zdrowie. Wielu sądzi, że mimo śmierci, wciąż działają jego uzdrowicielskie moce. Inni oskarżaja go o stworznie sekty. Bruno Gröning - uzdrowiciel z Oliwy.

Historia tej kontrowersyjnej postaci zaczyna się 31 maja 1906 roku w Oliwie. Wtedy to w domu przy ulicy Czyżewskiego 19 (Ludolfiner Weg) przychodzi na świat Bruno Groenkowski. Był on czwartym z siedmiorga dzieci małżeństwa Augusta i Margarethe. Była to głęboko wierząca, katolicka rodzina polsko - niemiecka. Matka była Niemką a zajmujący się murarstwem ojciec Polakiem.

Samo narodzenie owiane jest legendą i opowiada się o nim jak o cudownym zdarzeniu:

Niezwykłość tego dziecka rozpoczęła się już w samym momencie narodzin. Jego matka miała zawsze ciężkie porody, tymczasem Bruno przyszedł na świat szczególnie lekko. Krótko po porodzie matka udała się do lasu, by powiadomić o tym jego ojca, który tam przebywał.


Rodzice Bruno Gröninga

Bruno miał ciężkie dzieciństwo.W niemieckim czasopiśmie "Revue" pisano 4.9.1949 r. o dzieciństwie Bruno Gröninga:

Uczył się samotności już jako dziecko, które ledwie umiało mówić. Uciekał z domu i bawił się w sąsiedztwie ze zwierzętami, które były dla niego ważniejsze, niż jego własne rodzeństwo. Gdy umiał już lepiej chodzić, odkrył duży las, który znajduje się w pobliżu tych czynszowych kamienic. Zanurzał się w nim, jak w jakimś wielkim tajemniczym świecie. Od swojej matki nauczył się jednego: modlitwy! I tę prostą dziecięcą wiarę w Matkę Boską zabierał do lasu, który stał się jego światem. Ten mały Bruno stał się dziwakiem, jakiego nie widziano jeszcze nigdy wśród chłopców robotników na ulicy Ludolfinger. Znikał nieraz na parę dni. Nikt nie wiedział, czym się żywił. W jego domu panowała reguła, kto za późno przychodził na posiłek, ten nie dostawał nic, albo tylko to, co jeszcze pozostało. Tak więc Bruno głodował niaraz przez wiele dni. Nieraz znajomi widzieli go leżącego pod krzakiem, jak obserwował starannie liście i trawę. Przypadkowo zauważono jego osobliwy kontakt do wiewiórek i innych zwierząt. Znaleziono go też kiedyś zupełnie samego na cmentarzu. Czasem widziano, jak się tam modlił. [...] Pewnego razu zaobserwowano go, jak szedł w zadumie za kulejącym psem. Bawił się z nim. Głaskał go. [...] Biagało za nim dużo zwierząt. Jeżeli leżały chore, to wstawały i biegły za nim do lasu.


ul. Czyżewskiego 19 (Ludolfiner Weg 19) - nieistniejący dom w którym urodził się Bruno Grönkowski

Jak pisał w swoich wspomnieniach o leśnych ucieczkach:

Tu przeżywałem Boga w każdym krzaku, w każdym drzewie, w każdym zwierzęciu a nawet w kamieniach. Wszędzie mogłem stać godzinami ? pojęcie czasu nie istniało ? stać i zamyślać się i ciągle czułem się tak, jakby całe moje wewnętrzne życie sięgało w nieskończoność.

Często był łapany  przez ludzi w lesie i prowadzony do rodziców. Otrzymywał wtedy przeważnie porządne lanie i zamykano go za karę w pokoju domu przy Czyżewskiego.


ul. Zajęcza 1 (Am Hasenwinkel 1) - dom w którym również mieszkała rodzina Grönkowski

Bruno Gröning pisze w swoim życiorysie: Już wtedy, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w mojej obecności ludzie chorzy byli uwalniani od dolegliwości, dzieci i dorośli, podnieceni w czasie kłótni, po kilku moich słowach stawali się całkowicie spokojni. Jako dziecko mogłem stwierdzić, że zwierzęta, które uchodziły za szczególnie płochliwe albo złe, wobec mnie zachowywały się łagodnie i potulnie. Z tego powodu moje stosunki z domem rodzinnym były szczególne i napięte. Wkrótce dążyłem do pełnej samodzielności, chcąc wyjść z sytuacji "bycia nie rozumianym" w rodzinie.


Bruno, drugi chłopiec od lewej

Po zakończeniu nauki szkolnej trwającej tylko pięć lat Bruno zaczął uczyć się handlu, z czego rychło zrezygnował, aby podjąć naukę w zawodzie cieśli. Zmianę tę uzasadniał zdecydowanym życzeniem swojego ojca, który chciał by syn zarabiał na swoje utrzymanie rzemiosłem budowlanym. Jednak nauka u cieśli również  nie zakończył. Musiał z niej zrezygnować kwartał przed egzaminem końcowym, ponieważ zakład, w którym się uczył, zamknięto z powodu braku zleceń.

W roku 1925 Bruno jako 19-latek otworzył własną małą firmę stolarki budowanej i meblowej.

W wieku 21 lat Bruno poślubił Gertrudę. Małżonkom urodzili się dwaj synowie: w 1930 r. starszy syn Harald, w 1940 r. młodszy syn Günther. Jego żona nie rozumiała go zupełnie. Dążyła do prowadzenia typowego mieszczańskiego życia rodzinnego. A uzdrowienia dokonywane przez męża uważała za dziwaczenie. Obydwaj synowie Harald i Günter  umarli w wieku dziewięciu lat. Gertrud Gröning nie wierząc w uzdrawiającą siłę swojego męża, powierzyła swoje dzieci opiece lekarzy. Harald umiera w roku 1939 z powodu wady zastawki serca.  W roku 1949 jego młodszy syn, Günther zmarł na ropne zapalenie opłucnej.

W 1927 roku Bruno musiał zamknąć firmę. Potem nie mając stałego zatrudnienia, pracował kolejno w branży budowlanej, w przemyśle drzewnym, w fabryce lakierów, fabryce skrzyń, fabryce czekolady, w porcie i w gdańskim urzędzie pocztowym. Dopiero po przyłączeniu Gdańska do hitlerowskich Niemiec Bruno znalazł stałe zatrudnienie: pracował jako elektromonter w firmie Siemens. Dalszej nauki Gröning już nie podjął. Podobno nie przeczytał w życiu żadnej książki. Od 1939 roku mieszkał we Wrzeszczu przy Magdeburger Strasse 77.

W roku 1943 Gröninga powołano do Wehrmachtu. Z powodu odmowy strzelania do ludzi, zagrożono mu sądem wojennym. W końcu jednak wysłano go na front wschodni. W grudniu 1943 roku odłamek granatu zranił go w prawe, a w styczniu 1944 ? w lewe udo. Leczenie tych ran trwało do 1945 roku. Na początku tego roku musiał wrócić na front, a 5 marca dostał się na Pomorzu do radzieckiej niewoli. Z końcem 1945 roku  zwolniono go i jako przesiedleniec wyjechał do Haigerselbach w okręgu Dill. Później wraz z żoną wprowadził się do kwatery dla uchodźców w Dillenburgu.

W czasie swojego pobytu w Dillenburgu Gröning był postrzegany przez ludzi, którzy mieli z nim do czynienia, jako osoba obdarzona szczególną siłą uzdrawiającą. Miał uzdrowić kuzynkę swojej gospodyni. Początkowo jeszcze w wąskim, prywatnym gronie przybywali do Gröninga inwalidzi wojenni i chorzy w nadziei, że jego uzdrawiająca siła przyniesie im poprawę. 14 marca 1949 o przybycie do Herford poprosiła Gröninga rodzina Hülsmannów, która słyszała już o jego sławie jako uzdrowiciela. Bruno miał uzdrowić ich 8-letniego syna, Dietera Hülsmanna cierpiącego na zanik mięśni. Stan syna poprawił się po przybyciu Gröninga.

Gazety donosiły o "cudownym doktorze" i w  brytyjskiej strefie okupacyjnej stał się on tematem dnia.
Manfred Lütgenhorst z monachijskiej gazety "Münchner Merkur" napisał 24 czerwca 1949r. między innymi:

Gdy przybyłem do Herford o godz. 10.30 rano, przed małym piętrowym domem na Placu Wilhelma zgromadziło się około tysiąc ludzi. Był to nieopisany obraz ludzkiego nieszczęścia. Niezliczeni sparaliżowani na wózkach inwalidzkich, na noszach dźwiganych przez swych krewnych. Niewidomi, głuchoniemi, matki ze sparaliżowanymi i upośledzonymi psychicznie dziećmi, stare babcie i młodzi mężczyźni tłoczyli się jęcząc. Prawie sto samochodów osobowych, ciężarowych i omnibusów parkowało na placu - i wszystkie przybyły z daleka.


Bruno Groening na balkonie domu przy Placu Wilhelma 7 w Herford

'Czy wierzycie, że będziecie uzdrowieni?? pytałem chorych. Kiwali potakująco głowami. ?Powinien Pan tu przyjść wczoraj?, odpowiedział mi jeden z nich. ?Pan Groening był w tym czasie w Viersen w Nadrenii, a tutaj na placu podniosło się pięciu sparaliżowanych ludzi i poszło normalnie do domu. Uzdrowienie na odległość - to miejsce ich uzdrowiło!? Inni chorzy potwierdzili to.

Tak zaczęła się najpierw ogólnoniemiecka a potem międzynardowa sława Gröninga. Spotykał się  z pragnącymi uzdrowień ludźmi na wielkich spotkaniach. Na takie spotkania przyjeżdzało po kilkadziesiąt tysięcy ludzi jednorazowo.

Na tych zbiorowych spotkaniach Bruno Gröning miał zwyczaj w krótkich słowach przemawiać do obecnych, wyjaśniając im swoją prostą wiarę w Boga i wyraźnie wskazywał na swoją uzdrawiającą siłę, która nie pochodziła od niego samego, lecz od Boga.

Wkrótce władze a  przede wszystkim resort zdrowia zajął się sprawą uzdrowień. Utworzono komisję badawczą i Gröning otrzymał zakaz uzdrawiania. Bruno Gröning udał się w sierpniu 1949 r. na południe Niemiec. Chciał uciec od wrzawy wokół swojej osoby i wycofał się na prywatną posiadłość pod Rosenheim w pobliżu Monachium. Początkowo udało się utrzymać jego pobyt w tajemnicy. Jednak po pierwszych informacjach w gazetach o jego przybyciu do Bawarii, rozpoczął się prawdziwy masowy szturm.

Codziennie do Traberhof napływało do 30 000 ludzi. Prasa, radio i magazyn tygodniowy przedstawiały obszerne doniesienia. Nakręcono nawet film kinowy pod tytułem "Groening", który dokumentował zdarzenia z nim związane.


Około 30 tysięcy osób w Traberhof koło Rosenheim, w pobliżu Monachium we wrześniu 1949

Bawarskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poinformowało wówczas, że wstępne badanie działalności uzdrowicielskiej Bruno Gröninga wykazało, iż można ją uważać za działalność opierającą się na miłości, i w takich ramach nie wymaga ona pozwolenia na jej wykonywanie zgodnie z ustawą o nie będących lekarzami naturoterapeutach zajmujących się uzdrawianiem metodami niekonwencjonalnymi.

Wkrótce dla ludzi, którzy nie mogli przybyć na jego spotkania, Bruno Gröning zaczął ?zamawiać" przedmioty. Założeniem było, że uzdrawiająca siła Brunona miałaby przechodzić na przedmioty i tym samym można by ją dostarczyć osobom, które pozostały w domu. Na początku były to przedmioty przyniesione przez odwiedzających, które Bruno ?zamawiał", później sam robił słynne kulki ze staniolu. Według własnych słów Gröninga znanych z policyjnego przesłuchania kulki te składały się z folii staniolowej z opakowań po jego papierosach, która była wypełniona nośnikiem siły. Jako ów nośnik służyły Brunonowi produkty własnego ciała: ścięte włosy, skrawki paznokci rąk i nóg oraz - rzekomo najskuteczniejsza - jego nasienie.

Wobec naporu mas i szczególnej praktyce kulek nie powinno Gröninga dziwić, że już wkrótce głośna stała się krytyka jego działań. Dla części prasy niemieckiej Gröning był szarlatanem, przy czym nie można mu było jednak przypisywać chęci wzbogacenia się.

Od strony kościelnej Bruno doświadczał zarówno zachwyconego przyzwolenia jak również sceptycznego odrzucenia: tamtejszy superindentent gwałtownie bronił Gröninga; własny Kościół Brunona, katolicki, wykazywał postawę od rezerwy do odrzucenia.
W sposób najbardziej krytyczny reagował personel medyczny tamtego rejonu: tu wyrósł największy w przyszłości opór wobec Gröninga.

Gröning stale odmawiał brania pieniędzy za swoją działalność. W 1953 r. Bruno założył Związek Gröninga, który organizował mu prelekcje w różnych miastach i który prowadził do powstania pierwszych ?wspólnot" osób uzdrowionych i szukających uzdrowienia w rozumieniu dzisiejszych wspólnot Koła Przyjaciół Bruno Gröninga.

W roku 1954 Gröning został oskarżony z powodu naruszenia ustawy o naturopatach. Podstawą oskarżenia było ustawowe postanowienie, że uzdrowiciel musi zdać egzamin, zanim podejmie swoją działalność. Gröning nie uważał, aby był w stanie zdać taki egzamin. Dostał zatem zakaz działalności jako uzdrowiciel na terytorium całej Republiki Federalnej Niemiec.

Bezpośrednio po rozwodzie ze swoją żoną w 1955 r. Bruno poślubił swoją drugą żonę Josette.

W roku 1957 pomiędzy Gröningiem a kierownictwem Związku Gröninga doszło do sporów z powodu grzywny, na którą Bruno został skazany i co do której oczekiwał, że Związek Gröninga ją zapłaci. Związek nie zgodził się. Gröning rozstał się ze Związkiem, który wkrótce potem się rozwiązał. W 1958 w miejsce Związku Gröninga dla rozpowszechniania swojej nauki Bruno Gröning założył Związek Wspierania Duchowych i Naturalnych Zasad Życia w Niemczech.

W roku 1958 Gröninga oskarżono o spowodowanie śmierci dziewczyny chorej na płuca przez odsunięcie jej od terapii lekarskiej. Został skazany na grzywnę i areszt w zawieszeniu. Bruno odwołał się, postępowanie po jego śmierci w roku 1959 zostało zawieszone.


U samego Brunona na jego publicznych wystąpieniach widać było znaczne wole (on sam tłumaczył je jako ?gruczoł życia", który nabrzmiewał lub zmniejszał się proporcjonalnie do wielkości audytorium)

W listopadzie 1958 Gröning pojechał do Paryża, aby poddać się badaniom u specjalisty onkologa. Badanie wykazało, że cierpiał na raka żołądka w zaawansowanym stadium. 8 grudnia operowano go w Paryżu, jednakże o usunięciu guza nie można było myśleć z powodu jego wielkości. 22 stycznia konieczna była druga operacja, tym razem jelita grubego. Gröning umarł 26 stycznia 1959 i został pochowany w Dillenburgu. Grób Brunona jest od tamtej pory celem pielgrzymek jego zwolenników. Podobnie jak miejsce narodzin.

W swoim Związku Wspierania Duchowych i Naturalnych Zasad Życia w Niemczech Gröning pozostawił organizację, do której początkowo należały wszystkie Koła Przyjaciół. W 1979 doszło jednak do rozłamu: Koło Przyjaciół Bruno Gröninga pod kierownictwem Grete Häusler oddzieliło się od Związku i przejęło archiwum Bruno Gröninga. Grete Häusler, austriacka nauczycielka urodzona w 1922 r., została uzdrowiona przez Gröninga w roku 1950; organizowała później grupy w Austrii. Dziś jest  szefową Koła Przyjaciół. W roku 1981 od pierwotnego Związku oddzieliło się Stowarzyszenie Wspierania Zdrowia Duchowego. Do dziś  istnieją trzy organizacje zajmujące się spuścizną po Gröningu, które konkurują  ze sobą.




Opracowanie: Tomasz Strug

Wykorzystano materiały:

Koła Przyjaciół Bruno Gröninga
Dominikańskie Ośrodki Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach - badzwolny.eu

 

 

Newsletter

Historia

Oliwski kurort - spotkanie z Janem Danil…

Czym żyła dawna Oliwa? O sporcie, rekreacji i rozrywce (do 1945 r.) opowiada dr Jan Daniluk.

27-09-2020 878 Historia

Dom młodzieży Hitlera w Oliwie

W 75 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej publikujemy relację prasową z 1936 roku przybliżającą historię brunatnych czasów w Oliwie i Gdańsku. Sięgamy do tekstu z organu prasowego NSDAP w Gdańsku...

08-05-2020 3618 Historia

Ostatnio dodane

Ratujemy oliwską gastronomię!!

Ratujemy oliwską gastronomię!!

Szczęście nie trwało długo. Po pierwszym lockdownie, gastronomia mogła zacząć w miarę normalnie działać od 18 maja. Dziś ogłoszono,  że po pięciu miesiącach -  24 października następuje zawieszenie stacjonarnej działalności...

23-10-2020 1479 Rozrywka

Krystyna Łubieńska zaprasza…  Nie tylko teatr

Krystyna Łubieńska zaprasza… Nie ty…

„Krystyna Łubieńska zaprasza…” do Pałacu Opatów w Oliwie, gdzie w Galerii Teatralnej można oglądać Jej wystawę. Piękne fotografie ze spektakli Teatru Wybrzeże, rysunki Mariana Kołodzieja i kolekcje aktorki.

29-09-2020 254 Rozrywka

  1. Najnowsze
  2. Oceniane
  3. Komentarze

Kalendarium tekstów

« Listopad 2020 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30